Rok po debiucie, który zawstydził krytyków i rozkochał słuchaczy Błażej Król pod szyldem swojego nazwiska ponownie wręcza nam bilet do introwertycznego świata w postaci albumu „Wij”. Dając się poznać jako odważny eksperymentator w dziedzinie alternatywy i autor tekstów niemal poetyckich, zafundował sobie kredyt zaufania odbiorców. Tym razem Król zagłębia się w zakamarki lat 80. porywając się na inspiracje i mieszanki, które zapewne młodzi twórcy z polskiej sceny elektronicznej odrzuciliby w pierwszej kolejności. Odwaga popłaciła, bo to słodko-gorzkie połączenie intryguje i zapada w pamięć na długi czas. Nie dajcie się zwieść – mimo syntezatorów i melodyjnych ubarwień, to intymna i gorzka wyprawa.

Rozpoczynający album utwór „Bez korzeni” jest stonowanym otwarciem, nie słychać tutaj jakichkolwiek rewolucji brzmieniowych w porównaniu do poprzedniego krążka. Choć z początku skupiamy się na niegroźnych syntezatorach, chwilę później zaskakują dźwięki, które kierują wyobraźnię aż do postindustrialu. Przeciwieństwem jest następujący po nim utwór „Start”, gdzie tytuł przekłada się również na brzmienie. Synthpopowy wydźwięk, który na myśl przywodzi aurę muzycznych dokonań Depeche Mode rozpoczyna ciąg inspiracji latami 80. Strzałem w dziesiątkę jako singiel okazał się utwór „Zaklęcie”. Nie dość, że uspokoił wszelkie obawy przed drugim samodzielnym krążkiem artysty, to również niepostrzeżenie wbija się w pamięć. Chwytliwy refren wraz z towarzyszącymi klawiszami są podstawą do stwierdzenia, że nie taki Król nieprzystępny jakby niektórym się wydawało.

Do muzycznych inspiracji dołączyła również mglista nuta shoegaze’u niepostrzeżenie pojawiając się w utworze „Pośrednia stacja”. Rozmyty i przystępny wokal Błażeja spaja nieznaczne rozstrojenia z nutą chillwave’u stając się jednym z najbardziej jasnych i nośnych utworów z albumu. Dołączyć może do niego „Tajemnica”, utwór który jest idealnym przykładem ryzykownych mieszanek. Na początku uwagę skupiają lukrowe syntezatory, a im bliżej końca utworu tym więcej w nim goryczy przesterowanych gitar. Całości jednak towarzyszy jeden stały punkt – niegasnąca melancholia.

By nie uciekać do jedynie zagranicznych porównań, w utworach Króla przewija się sporo skojarzeń z rodzimymi artystami. Utwór „Za nimi” gdzieś w głębi zawiera posmak Lady Pank, a „Zły” budzi skojarzenia z Lechem Janerką, swoją drogą z racji jego nowofalowych dokonań można odnosić się do niego wiele razy analizując cały „Wij”. Jednym z największych pozytywów tej płyty pozostaje fakt, że Król przygarnięty został pod skrzydła wytwórni Kayax. Przeskok z Thin Man Records zdecydowanie zasłużony, a płyta zasługuje na konfrontacje z mniej lub bardziej wtajemniczonym słuchaczem. Wszyscy, którzy płakali po rozpadzie duetu UL/KR w dużym stopniu zostali hojnie wynagrodzeni przez Błażeja Króla jego solowym materiałem. Najnowszy album składa się tylko z kilku piosenek, a mimo to bogactwo formy nie pozostawia niedosytu i pozostaje w pamięci na długi czas, zostawiając nas sam na sam z (o dziwo) całkiem przyjemnym chłodem mroku.

Nie ma więcej wpisów