Jego fonograficzny debiut wydany w 2012 roku zapewnił mu miejsce wśród najbardziej obiecujących młodych artystów. Artystów, którzy mają sporo do powiedzenia, ale nie idą na skróty i próbują wyrazić to na swój własny unikalny sposób. Sambor postawił sobie poprzeczkę wysoko i wydanym trzy lata później drugim albumem niewątpliwie próbował przesunąć ją jeszcze wyżej. Nie zawsze jednak z dobrym skutkiem.

„Bruksizm” to album konceptualny, którego każdy element składowy znalazł się na nim z jakiegoś powodu. Każdy z utworów opowiada historię współczesnego 20/30-parolatka żyjącego w wielkomiejskim korpoświecie, próbującego odnaleźć się wśród obowiązujących reguł. Sambor po raz pierwszy śpiewa w ojczystym języku i wyraźnie bawi się tekstami, w których nie brakuje ironii i wielowarstwowego kontekstu, ale też kontrastów.

Znajdzie się to trochę buntu spod znaku CKOD w otwierającym, tytułowym utworze „Bruksizm” opartym na motorycznym podkładzie i syntezatorze w roli głównej, ale i intrygującego rapu („Północ / Południe”) z gościnnym udziałem OSA, przeplatanego leniwym, sennym wokalem Sambora. Podobnie jest w nieco jazzowym kawałku „Paranoia”, w którym saksofon Macieja Obary łączy się delikatnym elektronicznym podkładem. Zmiana przychodzi już w następującym po nim „Błękicie” – ciężkim, nieco transowym, dusznym utworze zbudowanym na monotonnym, jednostajnym, zapętlonym podkładzie. Podobnie jest w nawiązującym do rodzinnego miasta utworze „43-100”, który skupia się już na kwaśnych, nawarstwiających się samplach.

Jedynym lekkim i od razu wpadającym w ucho utworem jest singlowe „Queen”, które niestety ginie pośród całej reszty dość wymagających kompozycji. Dużo tu skrajności i zmian, zarówno gatunkowych, jak i stylistycznych – co powoduje, że przy kilku pierwszych przesłuchaniach trudno odnaleźć w tym materiale punkt zaczepienia. Częste zmiany tempa i lawirowanie między odmiennymi koncepcjami, sprawia, że album nieco traci na spójności i może zniechęcić słuchacza do zagłębienia się w te historie. Z drugiej jednak strony jego złożoność czyni ten materiał niebanalnym i może zainteresować tych, którzy poszukują w muzyce dwuznaczności.

Sambor od czasów „Yesterday Is Unknown” przeszedł długą drogę, z której postanowił na chwilę zboczyć i zobaczyć dokąd zaprowadzą go muzyczne fascynacje. Swoim drugim albumem wyznaczył nowy dla siebie kierunek, który dopiero rozwija i zdaje się poszukiwać złotego środka. Jeżeli uda mu się w tym poszukiwaniu pozostać konsekwentnym, to kolejny album może okazać się jeszcze bardziej zaskakujący i tym razem przebić się pośród innych utrzymanym w podobnej stylistyce wydawnictw.

Nie ma więcej wpisów