Chociaż Avant Art Festival do Warszawy zawitał dopiero drugi raz, program tegorocznej edycji od razu postawił ją w gronie najciekawszych imprez stolicy. Nad wyraz aktualny, podążający za muzycznym trendami skład imprezy musiał zwiastować sukces.

Z pewnych względów w mojej głowie Avant Art ciągle stoi obok Unsounda. Nie tylko przez bliskość terminów obu festiwali i ich formułę, ale również przez powtarzających się w tym roku wykonawców (Lotic, We Will Fail i poniekąd Moor Mother) oraz wyjątkowy program, będący okazją do przecierania ścieżek i wyznaczania trendów. Dlatego też postanowiłem poczekać i sprawdzić, jak owo zestawienie sprawdza się w praktyce. Teraz, po obecności w Warszawie i jednego dnia w Krakowie wiem, że nie byłem daleki od prawdy.

Podczas Avant Artu wyjątkowo zaskoczyła sekcja eksperymentalnego jazzu, z której miałem okazję widzieć Mazutti i trio SFD. Projekt Mazut i Macieja Morusia spróbował podyskutować z jazzową repetycją w często niejazzowy sposób, dodając sporo elementów odciągających uwagę od głównej osi kompozycji. Była to bodaj pierwsza szansa, żeby usłyszeć na żywo materiał z płyty „Kształt jazzu, który ma dojść”. Również z niepublikowanym dotychczas materiałem pojawiło się trio Steson, Fox, Dunn, które zagrało koncert wybitnie maksymalistyczny. Stetson jako solowy post-minimalista a Stetson dmuchający zacięcie w klarnet w SFD to dwie różne osoby. Fox wyczyniał na perkusji cuda, wychodząc znacznie poza zwykłą poprawność, a Dunn grę na kontrabasie ubrał w typowo rockowe schematy. Wszystko to brzmiało jak metal bez gitar i to w dodatku taki z rocznej topki.

W gronie eksperymentatorów-performerów nieco rozczarowała Moor Mother. Mówiąc kolokwialnie: za dużo było gadania, w dodatku często niezrozumiałego. Gdy Camae próbowała śpiewać lub rapować wszystko brzmiało znacznie lepiej niż przy spoken word. Wolf Eyes, naczelne śmieszki internetu, poradzili sobie z mówioną stylistyką znacznie lepiej, ubierając ją w noisowe szaty. Doświadczenie brutalne, zaskakujące, ale ekscytujące.

Cała reszta artystów to elektronika, która na Avant Art Festival przybrała najróżniejsze barwy. O dobre techno zadbał B.yhzz, nadając sporo melodyjności eksperymentalnemu industrialowi, We Will Fail, w skupieniu budująca IDM-ową orkiestrę współgrających, pojedynczych dźwięków, Errorsmith, przerabiający pocięte fragmenty w taneczną, rozrywkową kakofonię, duet Lakker, dubowymi wpływami zanurzonymi w surowej otoczce wysyłający na wycieczkę w mroźne rejony północy oraz ISNT, serwująca, jak zwykle zresztą, nienagannie tanecznego seta na sam koniec.

Kipiące energią pół godziny były zasługą Shygirl. Materiał, który zaprezentowała, od pierwszej chwili wpędzał w szaleńczą, połamaną imprezę z elementami rapu i reggaetonu. Nie mniej intensywnie zaprezentował się Yves Tumor, który za cel postawił sobie przekazanie publiczności chociaż krzty swojej scenicznej energii, a czynił to poprzez wychodzenie do ludzi i niezwykle ekspresyjne sceniczne zachowania. Dwa kwadranse, dosłownie kilka utworów, ale podane w takiej formie, że w pamięci pozostała każda minuta. Lotic poszli raczej w kierunku subtelnego i wyciszonego setu, bardziej rodem z „Power” aniżeli „Agitations”, ale kilku mocnych elementów również nie brakowało. Lutto Lento zagrał lepszy DJ set niż wielu producentów gra live, z ciekawą narracją i różnorodnymi wpływami (brzmienia wschodu, breakcore, metal). DJ Lag roztańczył publikę afrykańską elektroniką, a East Man i Saint P niestety rozczarowali, gdyż w ciekawy z początku grime szybko wdarła się monotonia.

Stylistyczna bliskość, misja przecierania ścieżek i różnorodność ciekawych miejscówek rzeczywiście zbliżają Avant Art Festival do Unsounda. Zastanawiam się jednak, czy nie wpadłem w pułapkę, gdyż wrocławsko-warszawski festiwal kieruje się raczej inną ideą – prezentowania sztuki nie tylko świeżej, premierowej, ale też, zgodnie z nazwą, awangardowej, czy to w podejściu do procesu tworzenia (Yves Tumor i jego „Safe in the Hands of Love” nie brzmi jak coś, na co można się wcześniej przygotować), czy prezentowania się słuchaczom (Wolf Eyes albo Moor Mother). I zobaczenie tej właśnie szeroko pojętej awangardy, szczególnie przy podtrzymaniu tak udanej organizacji, to właściwy powód, dla którego nie można odpuścić obecności na kolejnej edycji festiwalu.

Nie ma więcej wpisów