"Gallipoli"
3.8Wynik ogólny

» Gallipoli to małe miasteczko na południu Włoch, w porównaniu z Nantes, Perth czy Santa Fe może mało znaczące, ale z punktu widzenia Zacha Condona to punkt wyjściowy do napisania tytułowego utworu na najnowszy album Beirut. Wybór włoskiej prowincji jako miejsca do nagrania płyty był dosyć przypadkowy, aczkolwiek tworzenie z dala od dużych miast to już tradycja. Lider zespołu twierdzi, że potrafi zacząć pisać mieszkając w Nowym Jorku, ale kończyć musi już z dala od miejskiego zgiełku. Tym razem padło na studio nagraniowe znajdujące się na głębokiej włoskiej prowincji, gdzie Condon udał się razem z perkusistą Nickiem Petree, basistą Paulem Collinsem i producentem Gabem Waxem.

Oczekiwania wobec krążka były niemałe, bo odkąd Beirut połączyli swój unikalny styl z komercyjnym sukcesem i uniwersalnym zachwytem, jaki przyniosło „The Rip Tide”, każdy kolejny album musi być co najmniej tak samo dobry. Wydane w 2015 roku „No No No” z założenia brzmiało skromniej, ale z drugiej strony to nie mniej bogate instrumentarium, a brak porywających melodii przesądził o gorszym odbiorze. Na „Gallipoli” Beirut wrócili do potężnego brzmienia obfitującego w trąbki, akordeon i analogowe syntezatory, co automatycznie uczyniło niektóre kawałki niemalże hymnami. Najlepszym przykładem na to jest utwór tytułowy, który został zainspirowany przypadkowo napotkaną procesją religijną w tym właśnie miasteczku. Wszystko zaczyna się od dźwięku starych organów – które na potrzeby tego krążka wróciły wróciły z emerytury – a później mamy radosną eksplozję dęciaków i chcemy już tylko tańczyć. „Varieties of Exile” rozkręca się powoli, ale radosny dźwięk ukulele wraz z pojawiającym się w tle akordeonem prowadzą nas płynnie przez pięć i pół minuty, nie zostawiając miejsca na nudę. Według Condona, na otwierającym płytę „When I Die” może być słychać nawet szesnaście instrumentów, które pięknie się nawarstwiają i ze sobą współpracują.

Bogate aranżacje nie pomagają jednak, gdy zawodzą inne elementy. Parę utworów z „Gallipoli” cierpi na brak dynamiki doskwierający w takim stopniu, że nawet aksamitny i uwodzicielski wokal Zacha Condona ma efekt usypiający. „Gauze für Zach” jest co najmniej o połowę za długie, „Family Curse” w pewnym stopniu ratuje zaangażowanie vintage automatu perkusyjnego, który tworzy ciekawy efekt, ale nie na tyle wciągający, aby do piosenki wracać. Niewykorzystany potencjał słychać w „We Never Lived Here” z mistrzowską aranżacją dęciaków prowadzącą do imponującego, acz wciąż mało dynamicznego finału.

Trzy fragmenty instrumentalne służą jako ciekawostki, bo ani trochę nie brzmią jak Beirut i diametralnie różnią się od siebie nawzajem. „Corfu” jest minimalistycznym eksperymentem, dwu i pół minutowym utworem opartym jedynie na perkusji i pianinie. „On Mainau Island” to rezultat zabaw starymi organami i przepuszczania ich przez wszystkie możliwe efekty (oraz nałożony na to lekko rozstrojony syntezator), tak że wszystko to brzmi bajkowo i mogłoby służyć jako soundtrack filmu Disneya. „Fin” to znowu zabawa syntezatorami, tym razem jednak ustawionymi na lekko ejtisowe brzmienie. Te dwanaście utworów, nawet jeśli nie każdy z nich jest piosenką w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, to dużo. Gdyby więc skrócić „Gallipoli” o trzy kawałki, to wyszedłby z tego zgrabny album pozbawiony niepotrzebnych dłużyzn i nieciekawych fragmentów. Nie ma tu też zbyt wielu wybitnych kawałków na miarę singli z „The Rip Tide” czy starszych kultowych utworów typu „Postcards from Italy”, ale jest na tyle ładnie i przyjemnie, aby zadowolić przeciętnego fana Beirut.

Nie ma więcej wpisów