Tegoroczna edycja Up to Date Festival była wyjątkowa. Dodatkowe dwa dni zabawy, rekordowa liczba artystów, szeroko zakrojone i oryginalne działania promocyjne, a to wszystko w ramach świętowania dziesiątego jubileuszu. Dlatego my też postawiliśmy na wyjątkową formę i nasze przemyślenia prezentujemy w formie dialogu. Miłej lektury!

Agata Ogórek: Moim zdaniem, od ogółu i szczegółu oraz od szczegółu do ogółu, to była bardzo udana edycja i jubileusz festiwalu. Nawet jeśli nie dotarłam na koncert otwarcia, to na widok samych wizualizacji i zdjęć miałam lekkie dreszcze.  Dobrze, że są social media, wtedy fomo jest mniejsze.

Jacek Wnorowski: Ja dotarłem i przyznam, że dokładnie tak wyobrażałem sobie rozpoczęcie jubileuszowej edycji i nie chodzi tu wcale o kwestie muzyczne. Przyciemniona sala filharmonii, skupieni widzowie i Andrzej Bajguz, redaktor Polskiego Radia Białystok, który jak gromem uderzył w zebranych swoim wierszem podsumowującym dziesięć lat festiwalu. Nie dziwne, że Jędrzej i Czarek, którzy pojawili się przed sceną później, nie mogli ukryć wzruszenia. Te kilkanaście minut skutecznie uwypukliło sens i fenomen tego festiwalu, który całkowicie w duchu DIY robią zwykli ludzie dla zwykłych ludzi.

A: Rzeczywiście, Atmosferę swojskości i rodzinność da się na festiwalu odczuć na każdym kroku. Widać, że jest to twór od pasjonatów dla pasjonatów. Zawsze powtarzam ludziom, którzy jeszcze nie byli na UTDF, że to trzeba poczuć na własnej skórze.

J: Same koncerty niosły się już na fali wyjątkowości momentu i emocji dostarczonych przez wstęp. Anthony Linell i Ali Demirel ujęli przede wszystkim sferą wizualną, bo pełne głębokiej zieleni obrazy przyrody fantastycznie prezentowały się na ogromnym ekranie. Muzyka współgrała z tą kojącą sferą, nie miała jednak czysto ambientowego podłoża. Pasaże były raczej progresywne, pełne detali, tu i tam przedarte glitchami. Co ciekawe, u Roberta Henkego również szczególnie wyraźnie zaznaczała się sfera wizualna i łamanie rytmu. Cztery podwieszone pod sufitem lasery rysowały na ścianie niepojęte obrazy, często korzystając z ograniczonej ludzkiej percepcji i tworząc optyczne złudzenia. Szkoda jedynie, że minimalowy set odstawał od świetlnych projekcji, bo nieco spłacało to wrażenia płynące z widowiska.

A: Warto jednak dodać, że z koncertu Henke wyłaniała się idea PLUR. Słyszałam od znajomych, że pod koniec występu pojawił się napis „LGBT Friendly Zone”. Potem zamigało „LGBT” i „Zone”, które zniknęły i zostało samo „friendly”. Henke odniósł się do aktualnych problemów i to moim zdaniem był wielki gest. Widać, że wie o co chodzi. Myślę że wielu artystów związanych z festiwalem od lat jest bardzo świadomych idei i filozofii UTDF. Miks, który nagrał Dtekk z okazji dziesięciolecia imprezy, najlepiej prezentuje przekrój artystów, którzy pojawili się w ciągu tego czasu w Białymstoku. Zaczyna się od deepowego melancholijnego techno, potem wchodzi ono na nieco szybsze tempo, by zakończyć się różnymi kolorami electro. Dtekk zrobił to zdecydowanie dobrze. Da się odczuć że zapraszani na festiwal artyści nie są przypadkowi, a organizatorzy nie kierują się w ich wyborze ostatnimi notowaniami beatportu. Co roku skład artystów ze wszystkich scen zaskakuje i ekscytuje.

J: Mnie w tym kontekście szczególnie zaspokajają artyści wyjątkowi, niemal zapomniani. Niech najlepszym dowodem będzie Bogdan Raczynski. Urodzony w Polsce producent dał się ponieść emocjom związanym z powrotem do domu (co zresztą sugerowały napisy wyświetlane wraz z wizualizacjami za nim). Zagrał pędzący na łeb na szyję set przepełniony idm-em, drillem, breakcore, pełen połamanej dynamiki i dźwiękowych odlotów. Chociaż stał za deckami, słabo oświetlony, sprawiał wrażenie ciepłej osoby, do której chciałoby się podejść i porozmawiać. Ja zapamiętam ten set na długo i z pewnością będę szukał okazji, żeby zobaczyć Bogdana jeszcze raz.

A: Ciekawe, gdzie i kiedy następnym razem będzie można go usłyszeć. UTDF pod względem tego bookingu znowu zaskoczył, bo artysta nie gra znowu aż tak często. W ciągu 10 lat było na pewno więcej takich nazwisk. Podobna rzecz ma się z gatunkami, którym hołduje festiwal. W tym roku cały piątek skupiony był na electro, które ma szczególne względy u organizatorów. Jednak moim zdaniem nagromadziło się tego gatunku za dużo w ciągu jednego dnia. Wypadłby jaśniej, gdyby przeplatać go jednak innymi nurtami, a tak rzucił mi się w uszy tylko set Carla Finlowa oraz Legowelta.

Poza tym piątek zapamiętam też z powodu dziwnej akcji z wodą – ochrona nie wpuszczała na scenę Pozdro Techno ani z kubkami z napojami, ani z zakręconymi plastikowymi butelkami z wodą. Trochę dziwne. Organizatorzy dopiero po jakimś czasie odnieśli się do wiadomości uczestników i pod koniec dnia sytuacja się unormowała. Niesmak jednak pozostał.

J: Ja szczerze przyznam, że jakoś nie po drodze było mi ze sceną techno. Co prawda odnoszę wrażenie, że w tym roku jej nagłośnienie było bardziej klarowne, a i ja zaopatrzyłem się w stopery, ale mój osobisty szał na techno chyba już przebrzmiał. Dosyć szybko uciekłem z Umwelta i Svreca, a moją uwagę na dłużej zatrzymała jedynie Helena Hauff, urozmaicająca wspomniane electro czy to minimalem, czy EBM-em.

A: A ja znowu właściwie cały festiwal spędziłam na Pozdro Techno, mimo wcześniejszych zamierzeń przeplatania jej z Beats. Moje wymagania co do techno są już nieco wyśrubowane, stąd nie wszystkie występy soboty spełniły pokładane w nich oczekiwania. Pochodzący z Holandii Ben Buitendijk, w którym pokładałam ogromne nadzieje, jednak głębiej brzmiał w swoich produkcjach. Nie zawiodły umiejętności miksowania Mike’a Parkera – jego set jawił się jako najjaśniejszy punkt soboty. Klasę pokazał też Sleeparchive w wersji live

J: Ja w tym samym czasie przeżywałem rozczarowania i wzloty na scenie Beats. Poza wspomnianym Bogdanem, świetnie wypadł też Sega Bodega. Wyróżnił się chyba najlepszą oprawą wizualną i dogłębnym pomysłem na występ. Miał on kilka części, które się przeplatały: post-clubowego seta artysta grał za kurtynami PCV, balladowe utwory na basie w okolicach stylowego dywanika, a najbardziej singlowe piosenki przy mikrofonie. Mimo że wcześniej słyszałem różne opinie o jego występach, moim zdaniem nie było tu nudy i niepotrzebnych wtrętów, a tempo całego performensu, nawet jeśli zwalniało, to nie na długo. Czas spędzony pod barierkami był z pewnością udany. Przyjemnie, ale niezbyt oryginalnie, zaprezentowała się też ze swoim setem Sentimental Rave.

fot. Krzysztof Karpiński

Z drugiej strony negatywne odczucia pozostawił po sobie koncert PRO8L3M. Osobiście uważam, że Steez83 i Oskar to ścisła rapowa topka, ale coraz bardziej widać, że panowie osiadają na laurach. Tegoroczny średni album był tego pierwszym zwiastunem, a koncertowa forma tylko ten fakt potwierdza. I nie chodzi tu wcale o nagłośnienie, które owszem, zawiodło, ale przede wszystkim o spadek formy w stosunku do podejścia prezentowanego niegdyś na scenie. Niemal zniknęła gra aktorska i dialogowanie, do tego dołączył brak ogólnego morału płynącego z występu i niezmienna setlista (ile razy można słuchać „Stówy”, „Makijażu” czy „Molly”?). Duet nieustannie dotyka w swojej twórczości ważnych społecznie wątków, ale w ogóle nie stara się tego oświeconego podejścia przenieść na grunt koncertowy. Szkoda, że to prawdopodobnie się nie zmieni, bo w końcu publika dookoła bawiła się dobrze. Zawiodłem się również odwołaniem koncertu Ceephax Acid Crew, ale to akurat wina nieprzewidzianego splotu okoliczności.

A: Tak, również płakałam po Ceephaxie. Miałam przyjemność usłyszeć jego set podczas Taurona Nowej Muzyki w 2016 roku i wiem, że nadal byłoby to niezapomniane kwaśne przeżycie. Ceephax to po prostu osobowość, którą nie sposób przeoczyć. Oczywiście nie winię za tę sytuację organizatorów, ogólnie wzdycham tylko nad utraconą możliwością. To byłoby takie szalone!

J: Jeszcze co do beatsowego piątku: od koncertu Sokoła biła jakaś dziwna odpychająca aura. Być może, próbując patrzeć jakoś bardziej obiektywnie, nie było wcale źle, ale ja tylko czekałem, aż w końcu zejdzie ze sceny. Nie nadawał na tych samych falach co ja i żenowały mnie wstawki między utworami, a ze swojej tegorocznej płyty Wojtek wybrał chyba najmniej ciekawe utwory. Szkoda, bo w zeszłym roku na Kraków Live Festival przekonałem się, że Sokół może z siebie wykrzesać jeszcze dużo. Brylował za to Iglooghost, który jest od dłuższego czasu na wznoszącej fali. Od dawna nie wypuścił w świat złego utworu, a nowo powstały kolektyw Gloo i jego brzmienie są kolejnymi dowodami na mnogość pomysłów Brytyjczyka. Idealnie znajduje to odzwierciedlenie w koncertach, podczas których cała ta paleta idei zalewa publiczność. Jest i mnóstwo połamanej elektroniki o słodkości bubblegum bassu i świetna oprawa wizualna, będąca w zasadzie swoistą historią rozgrywającą się w wykreowanym przez artystę świecie. Taneczne chwile zapewnili za to Lone i Special Request, w znakomitym miksie acid house’u, drum and bassu, jungle i hardcore.

A: Ja za to najbardziej wytańczyłam się na afterparty w klubie Krąg. Długo wahałam się, czy mam jeszcze siły na trzeci dzień imprezy, ale jednak wewnętrzne FOMO, na szczęście, nie pozwoliło mi odpuścić zamknięcia festiwalu. I słusznie, bo najpierw Monster, a potem Alden Tyrell przekonali mnie, że było warto. Monster zdała wyśmienicie sprawdzian drugiego seta i nadal zachwyca selekcją i miksowaniem niesztampowych kawałków trance i chicago house. Na tę dziewczynę naprawdę warto mieć oko, bo jest niepowtarzalna stylistycznie i szkoda, że tak rzadko wyłania się z graniem poza Poznań. Alden Tyrell tylko podkreślił swoją klasę bezbłędnym livem. Za ten booking UTDF ma ode mnie ogromne serduszko i wdzięczność, bo nie dość że artysta występuje rzadko, to jeszcze formuła na żywo dodaje mu niezwykłości. Godzino, trwaj wiecznie! Artysta postawił na energetykę i techno z rave’owym sznytem, dzikie synthy i ciężko wyważone duby; coś tak bezprecedensowego, co mogłoby powstać tylko w Holandii. Samo miejsce afterparty również jest godne zwrócenia uwagi…

J: Tak, to prawda, Krąg jest miejscem wyjątkowym. To symbol podlaskiego kiczu i tandety, miejsce potańcówek dla osób po trzydziestce, które przesiąknięte jest klimatem wesel i tańców do disco polo. Kwestią czasu było, kiedy dobierze się do niego Up to Date, którego cechą charakterystyczną jest odczarowywanie kiczu. Na pewno koncept imprezy był niepowtarzalny, mi jednak mocno udzieliło się pofestiwalowe zmęczenie i nie mogłem długo wytrzymać na parkiecie. Pochodziłem tu i tam, przekonując się jednocześnie, że klub lata popularności ma za sobą i teraz żyje w ludzkiej wyobraźni bardziej jako podlaski mem. Niemniej po raz kolejny uzmysłowiłem sobie się, że organizatorzy Up to Date są najlepszymi ambasadorami regionu.

A: Ja potraktowałam Krąg jako miejsce pełne nowej egzotyki – stoły jak w barze mlecznym, seta i galareta, wystrój późnego PRL – magia! I na szczęście afterparty obroniło się muzycznie jak najbardziej. W niedzielę wracałam więc mocno ukontentowana i szczęśliwa, że ten czwarty dzień w rozkładzie festiwalu się pojawił. Że w Pałacu Branickich mogłam posłuchać kojących dźwiękowych pejzaży od Alessandro Cortiniego i oglądać wspaniałe wizualizacje na tle malowideł i późnobarokowych obrazów. Że byłam w oldschoolowym klubie tanecznym Krąg, że usłyszałam mistrza Tyrella i odpowiednio zamknęłam 10-tą edycję UTD. Czuję się spełniona.

fot. Krzysztof Karpiński

J: Tym lepiej, że organizatorzy już teraz zapowiedzieli kontynuowanie czterodniowego formatu.

A: Znana jest już data przyszłorocznej edycji. A sam pomysł czterodniowej imprezy jak najbardziej kupuję, bo jak człowiek wlecze się przez całą Polskę z Krakowa, to przynajmniej trochę odsapnie, nim znowu musi się pakować w pociąg.

J: W kwestii odpoczynku: aż dziwne, że nie wspomniałem jeszcze o ambiencie. Sobotni Salon w Pałacu Branickich ponownie skradł moje serce. Troje wykonawców z innymi pomysłami na ambient, ale każdy tyleż zajmujący, co wyciszający i odprężający: powiew chłodnego minimal synthu od Isorinne z Northern Electronics, kolaże ASMR i muzyki średniowiecza podczas tajemniczego setu Akiry Rabelaisa oraz post-minimalizm w połączeniu z ambientem u niezastąpionej Kelly Moran. To był piękny wieczór, który, podobnie jak każdy inny „aptudejtowy” Salon Ambientu, świetnie nastraja na jesień.

A: Wydaje mi się, że Pałac Branickich przyjął na siebie bardziej miękkie, spokojne oblicze ambientów, zupełnie przeciwnie do piątkowego Salonu w Operze i Filharmonii Podlaskiej.

J: Fakt, chociaż Pałac Branickich nie zawsze broni się akustycznie, jego klimat i wystrój sprzyjają wyciszającym ambientom.

A: Też jestem tego zdania, aczkolwiek piątkowy występ Kevina Richarda Martina w Sali Kameralnej Opery też doskonale nastroił mnie na resztę wieczoru. Artysta, znany bardziej pod aliasem The Bug, tutaj zaprezentował projekt „Sirens” inspirowany traumatycznymi chwilami związanymi z narodzinami oraz chorobą swojego dziecka. Idealnie wczułam się w klimat napięcia, wyczerpania, a nawet zawieszonej w bezczasie paranoi, którą potęgowały oślepiające migające światła oraz nacierające groźne dronowe ściany dźwięku. Kolaboracja Christiny Vantzou i Resiny uświadomiła mi, że jednak wolę obie te artystki oddzielnie. Ich występ odebrałam jako chaotyczny, a bogactwo wplatanych do wiolonczeli elementów, takich jak zaśpiewy czy ryki zwierząt, niestety zabrało sporo z ewentualnego uroku tej współpracy. Koncert rozkojarzył mnie zamiast zauroczyć.

J: Nie odebrałem tego występu źle, ale muszę przyznać, że rzeczywiście był chaotyczny i momentami niezbyt dobrze skonstruowany. Miło jednak, że taki eksperyment na Up to Date się w ogóle pojawił.

A: I miło, że takie wydarzenie jak Up to Date w ogóle jest!

J: Bardzo miło, bo, pomijając już całe to nasze zrzędzenie, była to bardzo udana edycja i jak widać każdy znalazł podczas niej coś dla siebie.

A: Tegoroczna edycja wywołała we mnie dużo pozytywnych uczuć i obudziła moją sentymentalno-nostalgiczną naturę (czy takimi emocjami kierowała się  Sentimental Rave wymyślając swój pseudonim?). Nie dało się przeoczyć wielu prześwietnych detali, którymi uraczyli nas organizatorzy: piękne dywany, naprawdę śmieszne filmiki, przemykający po stadionie seniorzy, cudowni artyści… Do ideału brakowało tylko tortu i sałatki jarzynowej oraz Pana Zygmunta wznoszącego toast za kolejne dziesięć lat festiwalu. Mam nadzieję, że dwudziestolecie będzie równie hucznie świętowane i że siły dadzą mi się tam pojawić. Pozdro techno i do przodu!

Nie ma więcej wpisów