Po edycji odbywającej się online, New Pop Festival powrócił do Białegostoku. Bez niespodzianek i nadprogramowych zaskoczeń, za to z bardziej piknikową i rodzinną atmosferą oraz programem trafiającym do każdej grupy wiekowej. W stolicy Podlasia taka formuła to przepis na sukces, chociaż nie w każdym aspekcie było bezbłędnie i kolorowo.

To głównie za sprawą niektórych rozwiązań organizacyjnych. Co najważniejsze, na festiwalu nie było darmowej wody pitnej. Obecnie nie może istnieć impreza, która mieni się ekologiczną, a nie zapewnia wody pitnej dla uczestników. Szczególnie, że ten aspekt dałoby się rozwiązać albo odpowiednią umową z miastem (zwyczajna kranówka od wodociągów), albo umowami partnerskimi – wszak lody i popcorn były rozdawane za darmo właśnie od sponsorów. W dobie niebezpiecznych upałów brak wody jest niedopatrzeniem w zasadzie zagrażającym życiu, nie można więc zrzucić go na karb „niedopatrzenia” czy „decyzji biznesowej”.

Dość jednak o tym. Z cyklu wpadek organizacyjnych trzeba jeszcze zwrócić uwagę na ogólny chaos informacyjny przed festiwalem (przewijające się informacje o dodatkowym artyście z konkursu talentów, którego ostatecznie nie było, szczegóły festiwalu opisane w artykułach za paywallem, słaba komunikacja z uczestnikami). Ostatecznie też można mieć zastrzeżenia do programu: owszem, był przekrojowy i sensowny, ale dałoby się uniknąć artystów powtarzających się względem poprzednich lat (Baranovski, Organek). Szczególnie, że to dopiero czwarta edycja festiwalu. A pole do wyboru (z wykonawców obecnie koncertujących) było szerokie, ot choćby z brzegu: Coals, Ania Dąbrowska, Daria Zawiałow, król czy Reni Jusis. Ponadto warto zauważyć, że festiwal przejął dofinansowanie od miasta pozostałe po zlikwidowanym Halfway Festivalu, co mogło stanowić dodatkowy bodziec do jeszcze lepszego dopracowania programu.

Te uwagi są jednak istotne jedynie na tle całego rozwoju, który New Pop zaliczył podczas poprzednich edycji, a przyznać trzeba, że organizatorzy potrafią wyciągać wnioski. Jeszcze w 2018 roku impreza stawiała wyłącznie na koncerty, zapominając o relaksacyjnych doświadczeniach rodzinno-piknikowych i zamykając cały teren przed Pałacem Branickich przed postronnymi ludźmi. Teraz biletowany był jedynie dostęp do koncertów, strefa z gastronomią i dodatkowymi atrakcjami pozostała wolna dla każdego, co uczyniło imprezę znacznie bardziej otwartą. Więcej okazji do spędzenia czasu wolnego między koncertami (w dodatku dobrze ułożonymi i z odpowiednimi przerwami pomiędzy) to zawsze coś na plus.

A teraz już kwestie czysto muzyczne. Tu bywało różnie. Przykładowo koncert Baranovskiego raczej nudził, a sam artysta wydawał się nie mieć nic do zaoferowania. Z drugiej strony sam frontman, Baranowski, grając dzień wcześniej w zespole Pauliny Przybysz, wyczyniał na basie rzeczy co najmniej ciekawe, ubogacając zwyczajny występ o funkowo-jazzowe wstawki à la Thundercat. Zdecydowanie to jego improwizacje, na spółkę z bębniarzem, napędzały dynamikę koncertu. Chociaż i sama Przybysz się starała, rozbijając się niestety o nieliczną wtedy jeszcze widownię (i jej małe zaangażowanie) oraz o pretensjonalne teksty utworów. Problemy miał też Muniek, który fałszował i jakoś nie bardzo potrafił oddać energię swoich utworów w akustycznej aranżacji. A może po prostu każdy przyzwyczaił się do „Warszawy” granej na gitarze przy ognisku i nie miało to prawa robić wrażenia? W kontekście lidera z gitarą akustyczną lepiej poradził sobie Paweł Domagała, chociaż jego koncertowi również było daleko do ideału – to głownie za sprawą dosyć banalnego brzmienia i czasem aż zbyt prostych tekstów. Ale artysta przynajmniej kontaktował się z fanami, opowiadał anegdotki, panował nad wszystkim, co działo się na scenie, a to wcale nie jest łatwą sztuką (może ważne okazały się tutaj aktorskie zdolności).

Kontynuując jeszcze wątek słabej warstwy tekstowej, ujawniała się ona u Sokoła. Owszem, to legenda polskiej sceny, ale niech ta świadomość nie przyćmiewa faktu, że tekstowo część jego utworów jest niemalże godna pożałowania i na żywo wywoływała ciarki wstydu. Chociaż oczywiście „Każdy ponad każdym” czy „Jeszcze będzie czas” z nawiązką ten problem nadrabiały. Podczas tego występu na plus zaskoczyła też oprawa wizualna oraz konfetti pod koniec – w świetle koncertowego głodu nawet takie chwile urastają do rangi wielkiego wydarzenia. Inny raper, Jan-Rapowanie, zagrał co prawda krócej od Sokoła, ale udało mu się końcu wykonywać utwory w całości (co nie jest takie oczywiste, patrząc przez pryzmat jego poprzednich koncertów) i zachowywać się, jakby chciał tu być i występować przed publicznością (z czym również w przeszłości bywało różnie).

Zaskoczeniem, w dodatku pozytywnym, okazał się występ zespołu Organek. Można się było spodziewać garażowego bluesa, pojawił się za to stadionowy pop rock, momentami mocno inspirowany syntezatorową ejtisową falą. „Wiosna” czy „Mississippi w ogniu” wybrzmiały ciekawie, nieco inaczej niż w studyjnym oryginale, można zaryzykować stwierdzenie, że lepiej. Koncertowe podium tego festiwalu było jednak następujące: na trzecim miejscu Baasch ze świetnym przekrojem swojej dotychczasowej kariery, przyciągającym wzrok skórzanym lookiem i wystrojem sceny oraz głębokim (momentami aż za bardzo – problem z nagłośnieniem był niestety zauważalny) basem. Na drugim Margaret: hit za hitem, mieszanka popu, reggaetonu i rapu, podsycona dawką scenicznej pewności siebie. Trudno było podczas tego show ustać w miejscu, nogi same rwały się tańca. New Pop Festival bez zaskoczeń wygrał Artur Rojek. Jak zwykle w najwyższej koncertowej formie, jak zwykle z dawką nieopisanego ładunku emocjonalnego, jak zwykle z szerokim wachlarzem muzycznych inspiracji, które przewijały się w aranżacjach znanych utworów. Artur jest niezastąpiony, jego koncerty można oglądać bez końca (gra słów zamierzona), a on sam ujmuje swoim urokiem i bezbłędnymi ruchami tanecznymi.

Tak właśnie było podczas kolejnej edycji białostockiego festiwalu. Nierówno i nie bez błędów, ale w gruncie rzeczy dobrze, a na pewno lepiej, niż jeszcze przed kilkoma laty. Jeśli organizatorzy będą brać do serca uwagi publiczności to mają szansę na stworzenie stabilnie rosnącego wydarzenia, które będzie ściągało uczestników nie tylko z regionu, ale i z całej Polski. Kibicujemy!

Nie ma więcej wpisów