W Białymstoku pojawiliśmy się jako dwuosobowa reprezentacja w składzie: Agata Ogórek (samozwańcza patronka edycji, której hasło brzmiało przecież “Wszyscy jesteśmy ogórkami”) i Jacek Wnorowski. Po ochłonięciu dzielimy się swoimi uwagami, doświadczeniami i obserwacjami w luźnej konwersacji. 

Agata Ogórek: Za nami kolejny Up to Date, druga edycja odważnie zrealizowana w reżimie sanitarnym i niepewnych warunkach pandemii. Bezsprzecznie można uznać ją za udaną i zasługuje też na duży festiwalowy znak jakości (czy order virituti festivali): świetny lineup, światowe nazwiska, świadoma publika i zero fuckupów w iście wywrotowym czasie. Wielkie chapeau bas dla organizatorów za polepienie i zlepienie w jedną część oraz bezbłędne dopięcie całości w tym roku. Możemy sobie tylko wyobrażać jak karkołomne było to zadanie i z jakimi wyzwaniami musieli się oni mierzyć na co dzień, nie tylko by festiwal mógł się odbyć, ale by mógł osiągnąć takie stadium wzorcowości.

Zarówno sama organizacja festiwalu, jak i jego teren różniły się od konfiguracji, do których przyzwyczailiśmy się przez ostatnie edycje. W związku z restrykcjami, wydarzenia piątkowo-sobotnie tylko częściowo odbywały się na Stadionie Miejskim. Ci, którzy chcieli się bawić dalej, koło 2-3 w nocy musieli przemieścić się na aftery w klubie FOMO. Centralne Salony Ambientu planowo miały odbyć się w ogrodach Muzeum Rzeźby Alfonsa Karnego, jednak w związku z niskimi temperaturami (jesień, ach to ty), zostały przeniesione na parkingi stadionu. Z kolei koncert zamknięcia w niedzielę zgodnie z założeniami rozegrał się w majestatycznym wnętrzu Auli Magna Pałacu Branickich. 

Jedyny w swoim rodzaju festiwalowy Maluch / fot. Jacek Wnorowski

Jacek Wnorowski: Inne niż zazwyczaj rozplanowanie miejsca miało już miejsce w poprzednim roku, jednak towarzyszące temu zmiany wtedy nie stanowiły aż takiego problemu. Było cieplej, a sceny grały w innym czasie, przez co problem wzajemnego zagłuszania się w zasadzie nie istniał. Teraz jednak sytuacja uległa zmianie: temperatury bliskie przymrozkom powodowały tęsknotę za odgrodzoną ścianami przestrzenią w głębi parkingów Stadionu Miejskiego, a nachodzące na siebie dźwięki Sceny Jelenia i Sceny Czwórki momentami uniemożliwiały komfortową zabawę. Dodatkowo Scena Jelenia w obecnym usytuowaniu w zasadzie nie mogła być prawidłowo oświetlona i dawało się to mocno we znaki – w końcu co to za frajda tańczyć w pełnym świetle. 

Scena Jelenia / fot. Krzysztof Karpiński (materiały organizatora)

A: To prawda – scena Jelenia niefortunnie zbierała dźwięki ze wszystkich otaczających ją scen, a jej centralne umiejscowienie nie pozwalało na pełne skupienie się na muzyce. Zewsząd dochodziły dodatkowe bodźce – ze strefy gastro, merchu festiwalowego czy stoisk z pocztówkami. Jasność na niej panująca zabiłaby nie tylko wampira. Trochę lepiej pod tym względem było na Pozdro Techno, znajdującej się poziom wyżej niż reszta. Podobał mi się widok wnętrza stadionu, który majaczył za plecami występujących artystów, super soundsystem oraz wysokie stężenie niekonwencjonalności w setach. To tam spędziłam większość czasu na festiwalu. 

J: Ja wpadałem tylko momentami, ale muszę przyznać, że jestem fanem jej umiejscowienia. Moim zdaniem akustyka nie straciła, ludzie się mieścili, a widok wynagradzał wszystko. Tylko ten przeklęty ziąb… No i schody, które rzeczywiście były niebezpieczne. Być może to właśnie przez nie fanklub nowej miejscówki sceny Pozdro Techno jest tak nieliczny.  

Sansibar na scenie Pozdro Techno / fot. Krzysztof Karpiński (materiały organizatora)

A: Mimo wczesnych godzin ich rozpoczęcia, największe wrażenie zrobiły na mnie występy ex aequo Ribé i Sansibara – oba w wesji live. Formuła na żywo to jest coś co Ogórki (i tygryski) lubią najbardziej! Ribé serwował mięsiste i bardzo nasycone dźwięki, które fluktuowały wokół dwóch powtarzających się motywów, a pochodzący z Finlandii Sansibar postawił na nieoczywistą undergroundową mieszankę techno, trance i muzyki bassowej. Prawdziwy technowperidol zapewnił mistrz Privacy, a dla równowagi niestety bardzo zawiódł Evigt Mörker. Uwielbiam jego sety i mając w pamięci dwa ostatnie występy w Białymstoku i Krakowie, teraz było zdecydowanie za mało przestrzennie i jakoś tak sztampowo. Szwed miał zdecydowanie gorszy dzień. 

J: Ja natomiast dla odmiany bawiłem się głównie na Scenie Jelenia, mimo jej wszystkich mankamentów. Świetny set Tima Reapera, podczas którego jungle’owy artysta żonglował swoimi inspiracjami, zwalniał tylko wtedy, gdy Tim w rwany sposób zmieniał utwory. Poza tym było skakanie i szybkie zwroty, jak na jungle i hardcore przystało. Producent grał jak w transie i ostatecznie przerwało mu dopiero odłączenie prądu (a przynajmniej tak to wyglądało). Porywający był również live Shackletona, nawet jeśli tribalowe rytmy istotnie wydawały się czasem zbyt powtarzalne. DJ Python natomiast nie wypadł źle, ale po Shackletonie nie było dla mnie za bardzo miejsca na jeszcze więcej tego samego. Podobna sytuacja miała miejsce przy b2b Simo Cella i Djruma – po Timie Reaperze po prostu zabrakło na nich siły, chociaż set trzymał naprawdę wysoki poziom. Być może warto artystów sceny Beats trochę przemieszać, żeby te same style i gatunki nie grały w jednym ciągu, ale to kwestia dyskusyjna – są przecież zwolennicy właśnie takiego obcowania z jedną gałęzią elektroniki na raz. W kwestii rapu w całości udało mi się zobaczyć jedynie koncert Belmondawg i trzeba przyznać, że Młody G z Gdyni zdecydowanie jest w formie po nagraniu udanej EP-ki “Hustle As Usual”. Nawijał wszystko bezbłędnie, bez niepewności i potknięć. Oby było to odrodzenie sceniczne tej persony, polski rap zasługuje na kogoś takiego.  

A: Tak samo jak muzyka ambientowa zasługuje na kogoś takiego jak Gadi Sassoon, który występował w sobotę w ramach Centralnego Salonu Ambientu, przeniesionego, tak jak wcześniej pisaliśmy, z Muzeum Alfonsa Karnego na tereny parkingów Stadionu Miejskiego. Włoch na co dzień eksperymentuje z koncepcją tworzenia “niemożliwych instrumentów”, a na te zsyntetyzowane dźwięki nakłada żywe instrumentarium (smyczki), co dodatkowo wzmacnia wymowę jego muzyki jako gęstej, eterycznej i bardzo relaksującej. Dodatkowo miło zaskoczył mnie ambientowy set Vrila, w którym pojawiło się sporo motywów znanych z jego albumu “Anima Mundi”, gdzie eksplorował mocno gatunek dub techno i ambient techno. A co Ty sądzisz, Jacku?

Centralny Salon Ambientu / fot. Krzysztof Karpiński (materiały organizatora)

J: Ja najmilej zaskoczyłem się setami otwierającymi poszczególne dni. W piątek Salon Ambientu zaczynał Bartosz Kruczyński, który znikąd zaatakował mocnymi inspiracjami ambient techno, szczególnie pod koniec występu. To zresztą kolejny dowód na to, jak kompletny jest to artysta – wszystkie jego aliasy (bo gra przecież dodatkowo jako Earth Trax i Pejzaż) się uzupełniają i pasują do każdego elektronicznego odłamu. W sobotę SK.EIN dokonał bardzo trudnej sztuki przeniesienia studyjnego potencjału swojej płyty w realia koncertowe. “Crossfades” (wydane nakładem Coastline Northern Cuts) jest bowiem wizytą w kościele pełnym duchowych uniesień, których doskonałość zaburzają niechciane dźwięki otoczenia i dosyć mocne dronowe dodatki. Identyczny efekt udało się osiągnąć koncertowi, a być może, dzięki pogłosom, był on nawet silniejszy. Piękne doświadczenie, które koniecznie trzeba powtórzyć. 

A: Było sporo malkontentów narzekających na tegoroczną organizację festiwalu, a w szczególności na konieczność przetransportowywania się w peaku imprezy do centrum miasta na aftery. Moim zdaniem włączenie FOMO do programu to genialny pomysł na aktywizację i promocję klubu, który na co dzień, w pandemicznej erze, może mieć spore problemy z przetrwaniem. Lineup został rozplanowany tak, by zarówno skład artystów występujących wcześniej na stadionie, jak i później w klubie, był tak samo kuszący dla słuchacza i że jednak fear of missing out byłby zbyt silny, by nie skorzystać z okazji zabawy przy setach takich tuz jak Oscar Mulero, Neel czy Vril. Poza tym fantastycznie znów poczuć magię piwnicznego klubu oraz na własnej skórze doświadczyć naprawdę mocarnego soundsystemu. Ogromną niespodzianką FOMO była dla mnie Afra, która zaproponowała bardzo energetyczną, inspirowaną electro winylową selekcję, a występująca po niej w piątek Roza Terenzi nie tylko podtrzymała ekstatyczną atmosferę, ale zachwyciła również nieoczywistym sposobem miksowania oraz wyborem łagodniejszych wariantów techno.

Oscar Mulero i Neel w klubie FOMO / fot. Krzysztof Karpiński (materiały organizatora)

J: Ja w FOMO pojawiłem się na zakończenie (już po dungeon-synthowej medytacji Piernikowskiego i wizycie w synthwave’owym mieście przyszłości Umwelta na koncercie zamknięcia), w niedzielę, odbijając się na wejściu od bram klubu z powodu opóźnienia. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze, Young Majli zaprezentowała eklektyczny i gęsty od basów set, który rozgrzał tłumy przed koncertem niespodzianką, czyli pożegnalnym występem duetu Syny. Piernikowski wcześniej tego dnia zaprezentował się solo w Pałacu Branickich i być może to naładowało go dodatkową energią przed klubowym koncertem, pełnym pasji i długim (ponad 1,5h). Cały przekrój twórczości, zaduch od dymu, ból oczu od stroboskopów – Syny pięknie pożegnały się ze słuchaczami. A live set Vrila również nie rozczarował, pasował jak ulał do bunkrowego klubu i późnej godziny. 

Koncert zamknięcia / fot. Krzysztof Karpiński (materiały organizatora)

A: Podsumowując, w tym roku niestety bez darmowego kompotu w Społem, bo nie starczyło czasu, ale i muzycznie za to smacznie i syto – kuchnia Up to Date nie potrzebuje żadnych kuchennych rewolucji. Fenomenalnie było wrócić na prawilny festiwal po tak długim czasie imprezowego głodu. Niezmiennie doceniam prima sort robotę organizatorów, którzy na przestrzeni lat wytworzyli wokół siebie świadomą i zaangażowaną społeczność oraz wychowują muzycznie ludzi z różnych pokoleń. I choć dupa trochę zmarzła, to przecież techno nie jest dla słabeuszy i trzeba się hartować. Więcej grzechów nie pamiętam.

Zawsze słuszny kierunek – Up to Date / fot. Jacek Wnorowski

J: I ja się pod tym podpisuję, bo chociaż tegoroczne niedociągnięcia dawały się we znaki, to daleko im było do fakapów, które raz za razem zaliczają wielokrotnie większe imprezy. Bardzo podobało mi się, że dużo występów było live actami, jak również to, że często trwały dłużej niż klasyczną równą godzinę. Również ruch z bardziej staranną selekcją rapowej obsady festiwalu wyszedł na dobre, eliminując z festiwalu przepełnienie na pojedynczych koncertach. Salony Ambientu ponownie starano się ułożyć czasowo tak, żeby nie pokrywały się z koncertami na Stadionie, co jest miłym ukłonem w stronę osób lubiących zarówno ambient, jak i rap (chociaż akurat rap mógłby startować na stadionie nieco później, dla lepszej atmosfery). Mówiąc w skrócie: potańczone, zmarznięte, odchorowane, ale humorek gituwa. 

Choć sami jesteśmy jeszcze ciągle naładowani pozytywną energią i wspomnieniami z tego roku, śmiało możemy zaprosić i gorąco polecić przyszłoroczną edycję festiwalu, ponieważ organizatorzy podali już jej datę. Bądźcie od 2 do 4 września 2022 w Białymstoku. Naprawdę warto.

Nie ma więcej wpisów