Avant Art Festival 2025 / mat. prasowe

Avant Art Festival Warszawa 2025: piątek i niedziela

Krótka relacja z dwóch dni tegorocznego warszawskiego Avant Artu.

Dziewiąta edycja Avant Art Festival ponownie obfitowała w ciekawy line-up, w dodatku wyraźnie zróżnicowany między Wrocławiem i Warszawą. Dolnośląskie miasto dostało m.in. clipping. i Mierzbow, ale Warszawa mogła się pochwalić Shabaką i Space Afrika. Każdy miał więc coś dla siebie.

Główny wieczór warszawskiej imprezy wypadał standardowo w piątek. Wtedy zazwyczaj dopisuje największa frekwencja, a impreza gości w nieco większej przestrzeni. Tym razem ponownie była to Komuna, której główna sala akurat pasuje do Avant Artu: trybuny dla spragnionych siedzenia, przestrzeń stojąca dla miłośników bujania się i duży plac na zewnątrz dla szukających świeżego powietrza i wytchnienia od muzyki.

Aja Ireland zaprezentowała miks deconstructed clubu i industrial techno, dzieląc set na część śpiewaną i spędzoną za konsoletą. Światła dziko migały, a artystka wyrzucała z siebie niespożytkowaną energię, która dopisywała jej nawet, gdy nie śpiewała. Lord Spikeheart pokazał, jak powinno się traktować prawdziwie agresywny rap: niewielki moshpit działał pod sceną na okrągło, do czego zachęcały rozrywające bębenki uszne podkłady i wrzask zza mikrofonu. Dis Fig również potrafiła krzyczeć nie biorąc jeńców, ale perkusja na żywo pozwoliła jej wejść również w rejony spokojniejsze, ambientowo-dubowe, co pozostawiało po sobie ciekawe wrażenie. Grający na zakończenie Space Afrika podeszli do swojego setu bardzo luźno: chodzili po scenie, schylali się do publiczności, byli ciągle obecni. Pasowało to do dusznego klimatu kompozycji, mających w sobie ducha kolażowego ambientu, ale też dubstepowego sznytu Buriala. A strzępki nagrań z ulic puszczane na projektorze i późna pora rzeczywiście pomagały w budowaniu klimatu zblazowanego afterparty.

Niedzielny wyprzedany koncert w Pardon, To Tu, miejscówce dzielnie towarzyszącej Avant Artowi od lat, otworzyli Steve Noble i Marek Pospieszalski. Intensywna improwizacja intrygowała, ale też swoim tempem wprowadzała w trans. Ostatecznie wyrwał z niego gwizdek, który pojawił się pod koniec, a potem ostatecznie zamknął koncert niczym w futbolowym meczu. Wieńczący warszawską edycję festiwalu koncert Shabaki okazał się minimalistyczny. Artysta wystąpił solo z całym zastępem fletów, dużo loopował, sięgał do dawnych instrumentów, prezentował mnóstwo nowego materiału. Wszystko obracało się w kręgu chamber jazzu, kameralnego i wolnego od nawarstwiających się monumentalnych kompozycji. Te były raczej gąszczem krótszych lub dłuższych zapętleń, często brzmiących bardzo organicznie, niczym śpiew ptaków. Zdecydowanie była to inna twarz artysty, kojarzonego przecież głównie z afro-jazzową i spiritual jazzową szkołą maksymalizmu. Godne zamknięcie imprezy i szansa na wyciszenie po tygodniu wrażeń.

Chociaż to tylko dwa dni Avant Artu to i tak można na ich podstawie sformułować bardzo pozytywną ocenę całej edycji. Dobitny nacisk na hałas, brzmienia ekstremalne i improwizację doprowadziły do ukształtowania wyrazistego charakteru imprezy, a dopisująca licznie publika wydaje się podzielać zamiłowanie do tak układanego line-upu. Oby tak dalej przy okazji dziesiątej, jubileuszowej edycji w stolicy.