Ephemera 2026 / fot. Jacek Wnorowski

Ephemera Festival 2026: interdyscyplinarny deszcz

Krótka relacja z wybranych wydarzeń tegorocznej odsłony Ephemera Festival.

Tegoroczna edycja Ephemery jeszcze bardziej przesunęła się w stronę interdyscyplinarności. Patrząc na sucho, mniej niż połowę wydarzeń w programie stanowiły punkty typowo muzyczne. Z drugiej strony w prawie każdym elemencie programu muzyka była obecna, a często nawet odgrywała najważniejszą rolę. Jest to więc dalszy ciąg poszerzania granic, otwierania nowych kontekstów i szukania nieoczywistych połączeń.

Środowy koncert wieczorny otworzyła Olga Anna Markowska. Mimo że teoretycznie występowała w roli supportu, absolutnie skradła show. Elektroakustyczny set z żywymi instrumentami, sporą dawką loopingu i przede wszystkim ogromnym wyczuciem. Jak połączyć dźwięki tak, żeby trafiły idealnie w czuły punkt? Olga do takich sytuacji doprowadzała raz za razem, udowadniając, że jej kariera nie bez przyczyny nabiera coraz większego rozpędu. Kompozycyjna sprawność i sztuka hipnotyzowania smyczkiem i cytrą to umiejętności potrafiące wprowadzić w błogi stan oderwania od życiowych problemów. Dronowe wykończenia utworów tylko dodawały temu koncertowi duszy. Szkoda, że ten set musiał się skończyć.

Legendarny w niektórych kręgach skład Cabaret Voltaire dał bardzo przyzwoity koncert. Było gęsto od syntezatorów, dziwnych efektów i klimatycznych wizuali. Całość zgrabnie łączyła industrial z synthpopem, z tego pierwszego wydobywając taneczny potencjał, a z drugiego metaliczną szorstkość surowych dźwięków. Dla fanów była to gratka, ale i przypadkowi widzowie mogli docenić kunszt zespołu z imponującym stażem pięciu dekad. Czy rzeczywiście kończą karierę? Były już powroty i pożegnania, ale teraz wydaje się, że rzeczywiście kończą z tym na dobre. Na scenie było widać ogromną pasję, a i setlista wyglądała bardziej jak podsumowanie, na czele z ważnym The Crackdown, z którego wybrzmiało kilka utworów.

Piątkowy event w Komunie bardzo dobrze zebrał w sobie wszystkie emocje tegorocznego festiwalu. Deszcz, który przewijał się przez wiele dni, tutaj mógł zaatakować na świeżym powietrzu. Opóźniło to i skróciło koncert Armand Hammer. Rapowy duet wypadł dosyć przeciętnie. Opasła jakościowa dyskografia nie przekłada się z automatu na dobre koncerty. Może zabrakło werwy, może publika dezaktywowała się z powodu deszczu, może takiej oszczędnej formule występu czegoś jednak brakuje, bo w końcu kilka lat temu w lepszych warunkach billy woods solo również nie oddał w pełni sprawiedliwości swoim świetnym kompozycjom.

Wcześniejszy występ supergrupy Microplastics dawał jednak zgoła odmienne wrażenia. Tam, mimo niewielu kompozycji gotowych do zagrania, na scenie wrzało, a muzycy wymieniali się instrumentami i rolami. Trochę dawało to co prawda wrażenie próby przed prawdziwym występem, ale widać, że skład się dociera i ma na razie dużo pomysłów, z których musi wyniknąć coś konkretnego. Chcą być bardziej jak Machine Girl, solowa aya czy hardcorowe składy z krótkimi i mięsistymi gitarowymi kawałkami? Na to pytanie nie ma jeszcze odpowiedzi, ale przyszłość jest obiecująca.

Projekt Everything Always Changes, For We’re Truly Here przygotowany przez 2k88, Biancę Scout, Rainy’ego Millera i Laurę Duffus (nieobecną na scenie) oczarował. Ale złożyło się na to dużo czynników. Głęboki, pochłaniający otoczenie bas Przemka Jankowiaka, wyważone ruchy i senne wokalizy Bianci Scout, krzyki i ekspresja Rainy’ego Millera, wychodzącego w publiczność, ale też tony dymu i zapadający zmierzch, przybliżający do klimatu brytyjskich ulic, początków dubstepu i zaangażowanego ulicznego rapu. Brzmieniowo dobrym tropem jest również Andy Stott, który lubi czarować dub techno z ledwo słyszalnymi wokalami. Co jednak istotne, mimo basowej zalewy, w której wszystko pływało, inspiracje były dużo bardziej zróżnicowane. Raz wokale przypominały Shygirl, innym razem bliższym skojarzeniem okazywał się trip hop. Nadchodząca płyta studyjna nie odda może atmosfery tego spektaklu z performensowymi wpływami, ale z pewnością będzie idealna okazją, aby zanurzać się w świetne kompozycje.

I tak właśnie było w środę i piątek. Mimo aury, która z celebracji letniego przesilenia uczyniła raczej bolesne przypomnienie o nieprzewidywalnej pogodzie klimatu umiarkowanego, Ephemera ponownie dostarczyła wrażeń. A dla spragnionych czegoś więcej, już niedługo krakowsko-warszawska edycja Unsoundu.