Great September 2026 / mat. prasowe (@kadovsky)
Great September: Odkrycia i nadzieje
Którzy artyści dobrze rokują na przyszłość?
Głównym celem istnienia showcase jest umożliwienie odkrywania nowych artystów i sprawdzanie, w jakiej koncertowej formie są istniejące akty. Nie da się podczas takiego wydarzenia zobaczyć pełnego koncertu, nie da się na każdy występ wejść z czystą głową, nie ma też możliwości zobaczenia wszystkiego. Co ważne, trudno jest też wyrobić opinię na takie górnolotne tematy jak kondycja polskiej sceny muzycznej czy potencjalne kierunki rozwoju. Każdy zobaczony zestaw artystów jest unikalny i każdemu uczestnikowi dałby inne przemyślenia. Dlatego skupię się głównie na dwóch aspektach: najciekawszych odkryciach, czyli artystach, których pierwszy raz usłyszałem dopiero na Great September oraz największych nadziejach, czyli tych, których już znałem, ale znakomicie spisali się koncertowo, a może i są w takim momencie kariery, że w dalszej kolejności śmiało mogą podbijać większe sceny.
Odkrycia
SIEKIRKA x SHAIBA to projekt całkiem nowy, a zarazem wciąż niszowy. A szkoda, bo ekipa ma pomysł na siebie. Z jednej strony kojarzą się trochę z wczesnymi czasami Bass Astral x Igo, ale wokalnie stoją klasę wyżej. Z drugiej strony produkcja często oscyluje w rejonach czy to downtempo, czy glitch popu. Naturalnym skojarzeniem wydają się produkcje Szatta i działalność tria Kroki. Wszystko to wzbogacone jest zdrową, ale nieprzesadną dawką dystansu do siebie, a najlepszym jej wyrazem jest gościnny występ na scenie Mariana Lichtmana, który rozruszał publikę i wlał do występu ogrom ciepła. Pozostaje czekać na premierę dłuższego materiału. Innym ciekawym duetem okazali się Norbi&Wika. Co prawda ich biogram nie nastraja pozytywnie (informują tam, że poznali się przy wspólnym coverowaniu Dawida Podsiadły), ale na szczęście to pierwsze wrażenie szybko opada. Nie mają z Dawidem za wiele wspólnego, na siłę można ewentualnie budować skojarzenia z mocno gitarową drugą płytą artysty. Ich singiel Tak samo mam brzmi jak Daughter, Znużony głos ciekawie operuje wokalnymi harmoniami, a Źródło dobrze łączy wyśpiewane odrealnionym wokalem zwrotki z wyrazistymi gitarami w refrenach. Wcale nie będzie przesadą stwierdzenie, że projekt na przestrzeni kilku singli jest bardziej oryginalny niż wspomniany Podsiadło przez ostatnie kilka lat. Trzeba tylko wymyślić sobie lepszą nazwę.
Kasoil udowodniła za to, że dalej można robić w Polsce wyraziste r&b. Zamiast na mnogość instrumentów, postawiła w swoim kobiecym zespole na chórzystki, dzięki którym wszystkie wokalne harmonie, dośpiewy i zwielokrotnione partie głosowe brzmiały na żywo nad wyraz przekonująco. Jest w tym trochę Rosalie. z początków kariery, teksty są zgrabne, a całość spaja świetne flow i dobra produkcja. Artystka ma na koncie debiutancki album, ale wydaje się, że jej kariera dopiero nabiera tempa. Jak najłatwiej wprowadzić słuchaczy w emocjonalny nastrój? Koty bez oczu, Psy bez nóg udowodnili, że wystarczy jednostajny dronowy dźwięk, a humor zmienia się na nietęgi momentalnie. Trwający kwadrans Kiedyś przyjdzie ten sam rok #2 to wspaniały utwór, a wrzucenie go do półgodzinnego występu okazało się decyzją odważną, ale w zasadzie najlepszą możliwą. W końcu nic tak dobrze nie przedstawiłoby projektu słuchaczom. Są tu pewne podobieństwa do duetu LEYA, ale wokale Kotów… brzmią znacznie ciekawiej. Niebezpodstawne jest również skojarzenie z węgierskim kompozytorem Mihálym Vígiem. Jego ścieżki dźwiękowe to filmów Béli Tarra z miejsca wprawiały w nostalgię i niepokój, podobnie jak muzyka Tymona i Rozalii. Największe odkrycie Great September i projekt, który trzeba koniecznie zobaczyć na pełnym koncercie.
Nadzieje
Kiedy ostatni raz pisaliśmy o zespole Bazgrołki, nagrywali jeszcze kompozycje w piosenkowej formie. Teraz nie bawią się w półśrodki i poszli na całość: transowe hałaśliwe pasaże, a gdzieś w tle referencje do Slint czy Swans. Nie jest to oczywiście tak przystępne jak poprzednia twórczość, ale za to o ile bardziej satysfakcjonujące. Dla samych muzyków również, w Łodzi dało się zaobserwować, jak ogromną radość czerpią z koncertu. Szalejące gitary były też domeną Torschlusspanik. Krakowski zespół ledwo co wydał swój debiutancki album i nie mógł się doczekać, aby wyrzucić z siebie całą energię emocjonalnego post-hardcore. Potężne łojenie, krzyki i smutek w głosie: prawdziwe emo. Ich akurat wcale nie skrzywdził półgodzinny slot, taka brzmieniowa bomba najlepiej się sprawdza na krótkich dystansach.
Qncicka zagrała wzorowy set showcase’owy: sama na scenie, dema utworów, a wszystko po to, żeby pokazać swoje największe atuty. Sprawnie napisane teksty, momentami uroczo naiwne, ale i wcale niegłupie. A do tego umiejętność rytmicznego śpiewania, która sprawdzi się w alt popie i r&b. Dobry producent wyciśnie z jej umiejętności piosenki, które będą wkręcać się w głowę. Dla odmiany Krzyk mody przyjechali w pełnym koncertowym rynsztunku, z utworami zaaranżowanymi w całości i gotowymi do pięcia się coraz wyżej i wyżej. Martyna Bronisz momentami przypominała wokalnie Melę Koteluk, a ładunek emocjonalny niesiony przez utwory dało się poczuć i u samych muzyków. Nawet dema z szuflady przygotowane specjalnie do wybrzmienia pierwszy raz na żywo łapały za serce. Wydaje się, że zespołowi nic nie może stanąć na drodze do większej popularności.
Burn TV, czyli Maciej Obst, nagrywa już od kilku lat. ostatnio pisaliśmy o jego płycie biesowanie. Koncert z nowym materiałem idealnie oddał jego klimat: wizualizacje z przepalonym filtrem, silna inspiracja amerykańską sceną lo-fi, szczypta humoru i ogromna radość z grania. Nawet jeśli Burn TV to projekt skazany na trwanie w niszy, to konsekwentnie się rozwijający i o wciąż dużym potencjale na przyszłość. Kajzer to topka polskich abstract hip hopowców: świetne flow, przyjemne teksty, bardzo dobre bity, które zresztą sam produkuje . Nawet jeśli hypeman słabo kontaktował się z publiką, to główna gwiazda nadrabiała z nawiązką. Dobrze się obserwuje rozwój tej gałęzi polskiego rapu, pomysły leją się strumieniami. Ninush przyjechała co prawda zza granicy, ale korzenie ma polskie. Niepolskie ma za to muzyczne doświadczenie, koncertowała bowiem z Black Country, New Road. Solowo dopiero zaczyna karierę, ale jej utwory od razu wychodzą na świat ze stemplem jakości wziętym z instrumentalnej konfiguracji: wiolonczela, skrzypce i gitara akustyczna to naprawdę świetny zestaw do emocjonalnych piosenek.
Rozczarowania
Wypada powiedzieć też dwa słowa o koncertach, które nie spełniły oczekiwań. Nie żeby specjalnie dogryzać, a bardziej zwrócić uwagę, co mogłoby być lepiej. Joulie Fox trochę za bardzo zdaje się wdawać w Darię Zawiałow i jest w tym pewnie działanie wytwórni. Ale energetyczny utwór Zapomnij mnie pokazuje, że mogłaby pójść nieco inną ścieżką i uderzyć w wyrazistego pop rocka. Oda Nova ma w zanadrzu cały zestaw wyciszonych, intymnych kompozycji, które na potrzeby koncertu przearanżowała na zwyczajne utwory w konfiguracji bas, gitara i perkusja. A w ten sposób jej repertuar nie wyróżnia się niczym szczególnym. Odpowiedzialność można rozgrzeszać, bo w Łodzi zagrali swój pierwszy koncert, ale póki co nie da się za bardzo powiedzieć, co ten zespół chce sobą reprezentować. Za mało wyrazistości na bycie polskimi Idles, za mało melodyjności na budowanie pop punkowej kariery, niewystarczająca dawka koncertowych bangierów, żeby kreować wizerunek kapeli koncertowej. Gdy spotyka się grupa doświadczonych artystów trzeba ustalić plan działania, bo inaczej zespół stanie się po prostu Zwidami 1.5. Ciepłe brejki za bardzo kipią korporacyjnym humorem, żeby traktować ich twórczość bez zażenowania. Trzeba natomiast przyznać, że Goodbye Gienia z gościnnym udziałem susk ma w sobie potencjał do bujania. Miło, że Banda debili sięgają po alternative dance i synth punk, bo takiego brzmienia w Polsce jak na lekarstwo, ale poczucie humoru leży niebezpiecznie blisko walaszkowych tworów muzycznych.
Na koniec trzeba jeszcze dorzucić dwa słowa o organizacji. Łódź rzeczywiście ma na tyle dużo klubów i miejscówek, że do goszczenia showcase nadaje się idealnie. Co prawda i tak czasem trzeba było przejść większy kawałek (najbardziej oddalone miejsca to jakieś 15 minut spaceru), co nieraz psuło wcześniejsze plany, ale nowych klubów przecież nie wybudujemy. Można się jedynie zastanowić, czy nie warto jeszcze bardziej zagęścić wydarzeń w okolicy Łodzi Kaliskiej i Larum (dodatkowa scena na dworze?), bo tamten rejon był najlepszym hubem całej imprezy. Bardzo ciekawe okazały się też panele dyskusyjne, chociaż niektóre przez średnią moderację odpływały w poboczne tematy: przez połowę zaplanowanego czasu dyskusji o klubach rozmawiano tak naprawdę o trasach koncertowych i działalności bookerskiej. Na drobny minus zaliczyć można przestrzeń afterową: brak cichego miejsca raczej uniemożliwiał nocny networking, pozostawała tylko zabawa na parkiecie.
Tym niemniej Great September to wydarzenie bardzo dobrze ułożone i spełniające swoją rolę, zarówno jako coroczna okazja do branżowego spotkania, jak i sposób poznania nowych artystów. Dzięki obecnej w tym roku międzynarodowej selekcji koncertowych wrażeń było jeszcze więcej, a momentami dało się poczuć jak na klasycznym festiwalu. Pozostaje wpisać Greata na stałe do kalendarza, za rok z pewnością będzie równie dobrze.
