Beirut / mat. prasowe
Malta Festival 2026: Udane powroty
Do Poznania wróciły wyczekiwane gwiazdy.
Dwa ostatnie dni muzycznych wrażeń poznańskiego festiwalu Malta stały pod znakiem powrotów. Do Polski wróciły dwa zespoły, niegdyś wytyczające nowe trendy i najważniejsze w swoich podgatunkach, teraz wciąż istotne, ale juz z bagażem doświadczeń na karku. Mowa o Beirut, który ostatnio w naszym kraju grał dekadę temu oraz Two Door Cinema Club, którzy do Polski ostatnio zawitali dziewięć lat temu.
Fakt, że udało się do Poznania ściągnąć Zacha Condona z projektem Beirut, tylko przypomina o wciąż niesłabnącej randze Malty. To tutaj dwadzieścia lat temu artysta debiutował w Polsce, to tutaj koncertowało wiele innych wybitnych zespołów. Malta ma moc przebicia na festiwalowym rynku, mimo bycia międzydyscyplinarną imprezą w gorącym okienku innych wydarzeń. Warto też zaznaczyć, że koncertowe wieczory już na dobre przeniosły się do hali Międzynarodowych Targów Poznańskich, co dało zabezpieczenie od rekordowych upałów. Można też było wnieść własną wodę w nieotwartej butelce.
Sobotni wieczór otworzyli Duńczycy z Efterklang. Zespół przypomniał wszystkim zebranym, że jego głównym atutem jest kompozycyjna wszechstronność. Mnogość instrumentów i prezentowanych muzycznych styli była imponująca jak na godzinę koncertu. Był dream pop, art pop, ambient pop, a pod koniec nawet coś na przecięciu alt rocka i heartland rocka. Mówiąc natomiast mniej specjalistycznie: zespół zagrał przekrój swojej dwudziestoletniej twórczości, jak zwykle ujmując świetnymi harmoniami wokalnymi i dbałością o każdy szczegół. I w ich przypadku udało się znaleźć balans między dynamiką a medytacją, między graniem dynamicznie a kojącym zwalnianiem tempa. Ta sztuka nie wyszła Charliemu Cunninghamowi, który jawił się jako mniej zdolny muzyczny bliźniak Bena Howarda. Podobny ton głosu nie wpłynął jednak na ogólny brak pomysłu, utwory brzmiące aż nazbyt jednakowo i ogólną monotonię. Muzyka Charliego broni się w małych dawkach, w dodatku niewiele zyskuje w koncertowymi wydaniu. Artysta mógłby zamienić się miejscem z poprzednikami, bo to oni bardziej zasłużyli na miano bezpośredniego supportu gwiazdy wieczoru.
Zach Condon z ekipą dali natomiast występ wynagradzający taki długi czas oczekiwania na ich powrót. Mimo drobnych potknięć dobrze nagłośniony, z przekrojową setlistą, ogromnym zaangażowaniem i niekrytą radością z tego, że mogą być na scenie. Beirut to projekt, który kształtował całe pokolenie miłośników muzyki, odkrywał nowe ścieżki i poszerzał horyzonty. Zagraniczne inspiracje Zacha mogły wybrzmiewać i wpływać na rzesze słuchaczy, dla których okazywały się ścieżką na skróty w poznawaniu twórczości spoza anglosaskiego kręgu. Dlatego świetnie, że podczas koncertu wybrzmiało klasyczne już The Gulag Orkestar, ale też Serbian Cocek czy Ederlezi (w aranżacji Gorana Bregovića), które zresztą widownia podchwyciła i zaczęła śpiewać polski tekst Kayah. Pojawiła się też nieco wycofana odsłona, czyli utwory z Hadsel. No i oczywiście największe przeboje, z Nantes i Postcards From Italy na czele. To jeden z takich koncertów, które zostaną w pamięci na długo.
W niedzielę bezpośrednio przed gwiazdą wieczoru zagrał zespół Kacperczyk. Dziwny to wybór, ale trzeba przyznać, że tkwi w ich twórczości krzta indie rocka. Niestety brakowało utworów z początku twórczości, za mało też było brzmienia, w którym chyba obecnie jest im najlepiej. Mowa o podszytych punkiem gitarach, jak w utworze Moja wina. Widać było, że przy takim graniu chłopaki czują się jak ryba w wodzie. Nieźle wypadły też sekcje inspirowane latino czy nawet quasi-bossa novą (Wiatr, Nieprzespane noce, fragment Jeziorka z saksofonem). W duecie Kacperczyk tkwi dużo potencjału, niech tylko bracia zdecydują bez kalkulacji, co naprawdę chcą grać.
Two Door Cinema Club przenieśli do złotych czasów indie popu i dance punka. Zagrana w całości płyta Tourist History została dodatkowo wzbogacona o największe hity z innych albumów: było Sun, Next Year czy Are We Ready? (Wreck). Całość z dodatkowymi wizualizacjami, interludiami, dokumentalnymi skrawkami wspominającymi początki zespołu. Rzeczywiście występ udało się utrzymać w formie urodzinowej celebracji, z przystającymi do okazji entuzjazmem i energią. I to mimo tego, że frekwencja okazała się zauważalnie mniejsza niż dzień wcześniej: zarówno z powodu jeszcze większego upału, jak i niedzieli. A może po prostu dlatego, że TTCC nie mają w Polsce aż tak licznej bazy fanów? Tym niemniej ci, którzy przyjechali do Poznania, wytańczyli i wyskakali się za wsze czasy. Dobrze, że na fali rozpędzającego się revivalu indie można było zobaczyć zespół, który piętnaście lat temu ograł tę stylistykę bezbłędnie.
Już teraz można snuć teorie na temat przyszłorocznych bookingów. Może ponowne podejście do Beach House? Może ciąg dalszy nostalgicznych powrotów do indie rocka i Bloc Party? Albo próba sprawdzenia, czy zbierze się wystarczająca publika na The Rapture albo Friendly Fires? Pomysły są, a dotychczasowe działania Malty dają naprawdę dużo nadziei, że wciąż będzie to impreza licząca się na muzycznej mapie, ale też przede wszystkim wygodna. W dostępnym i dobrze skomunikowanym mieście, zabezpieczona na wahania pogody i dbająca o wysoki artystyczny poziom. Tegoroczną edycję można zakończyć z samymi pozytywnymi emocjami.
