Najlepsze albumy 2025 – podsumowanie
Chociaż wielu krytyków utrzymuje, że rok 2025 był dla muzyki słabszy niż poprzedni, nasze podsumowanie wcale nie jest szczególnie krótsze. Ponownie prezentujemy ponad 20 albumów, które najbardziej przykuły naszą uwagę w ciągu ostatnich 12 miesięcy. W kolejności alfabetycznej, bez cyferek, za to z mnóstwem odkryć i zaskoczeń. Zapraszamy do lektury!
Chaos in the CBD – A Deeper Life
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
A Deeper Life to album, który nie próbuje opowiadać historii ani prowadzić słuchacza za rękę — raczej pozwala mu krążyć po własnych skojarzeniach. Chaos in the CBD operują tu znanymi elementami: house’owym pulsem, jazzującymi akcentami, lekko przykurzonym ambientem, ale składają je w sposób bardzo niewymuszony. Dużo tu płynności, groove’u i organicznych przejść, bez wyraźnych kulminacji czy momentów „pod singiel”. To płyta oparta bardziej na nastroju i ciągłości niż na pojedynczych utworach, która najlepiej działa jako całość — słuchana od początku do końca, bez przeskakiwania. Nie wciąga gwałtownie, ale stopniowo osadza się w tle codzienności, dzięki czemu z czasem zaczyna brzmieć znajomo, wręcz komfortowo, bez potrzeby ciągłego skupienia. (daria)

caroline – caroline 2
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / Apple Music
Już pierwsza płyta caroline była bardzo dobra i dawała wrażenie obcowania z czymś może nie tyle nowym, ale jednak w jakiś sposób idącym gdzieś obok spodziewanej muzycznej rzeczywistości. Dwójka jest kontynuatorem tej myśli. Wbrew złośliwym opiniom nie jest to wcale muzyka eksperymentalna na siłę. Z obserwacji odnoszę wrażenie, że niektóre utwory są całkiem łatwo przyswajalne przez słuchacza średnio obeznanego z ideą dekonstrukcji i eksperymentu. A mimo to nie da się przecież powiedzieć, że Two riders down czy Total euphoria nie są w jakiś sposób awangardowe. Mimo progresji, improwizacji i polifonii, spokojne, przeprocesowane wokale i dynamika utworów mogą działać jako siła łagodząca wobec pojawiającej się na początku niechęci. Bo czy w gruncie rzeczy caroline 2 nie jest po prostu post-rockowym folkiem bez ciągnącego się w nieskończoność crescendo i z obecnością wokali? (jacek)
Ciśnienie – (angry noises)
Posłuchaj: Bandcamp / Tidal / Apple Music
Imponuje mi, że wszystkie wydane dotychczas albumy Ciśnienia są nagranymi sesjami na żywo. Przede wszystkim dlatego, że ten zespół to maszyna składająca się z wielu ogniw, a w takiej konfiguracji teoretycznie przecież trudno zachować tak dobrą komunikację i zrozumienie między członkami grupy. A jednak, nie tylko nie ma z tym najmniejszego problemu, a wręcz przeciwnie, muzycy osiągają taką symbiozę, że kolektywnie wyrażają spektrum emocji: od gniewu, przez bunt, na niepokoju kończąc. A to wszystko bez gitar! Ostatecznie, żeby chłonąć (angry noises), trzeba po prostu pójść za radą zespołu: this album is designed to be played loudly. A najlepiej w ogóle zobaczyć ten świetny mechanizm na żywo. (jacek)
Ela Minus – DÍA
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
DÍA to album o emocjach i efekt długiego procesu twórczego, gdzie serwowane dźwięki są tłem do konfrontacji z własnymi doświadczeniami. W swoim drugim albumie Ela wyraźnie podkreśla potrzebę zmiany, zatrzymania się i poukładania rzeczy na nowo. Są tu taneczne momenty czystej euforii, ale też momenty zadumy i refleksji. Brzmienie krążka opiera się na hipnotycznym rytmie, który buduje atmosferę totalnego skupienia. A Ty? Wpadasz w ten trans automatycznie. Dostaliśmy konsekwentny i dojrzały album, który umacnia jej pozycję jako jednej z ciekawszych postaci współczesnej sceny elektronicznej. To osobista i pulsująca opowieść z latynoską aurą, która udzieliła mi się na maksa. Polecam na słuchawkach – z zamkniętymi oczami. (przem)
FKA twigs – EUSEXUA
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
EUSEXUA to album z którym spędziłem najwięcej czasu według Spotify. Idziemy z FKA do klubu. Miejscami jest surowo i szorstko, ale właśnie to podbija klimat, który FKA świadomie zbudowała. Nikt tu nie próbuje nikogo uwodzić prostymi rozwiązaniami. Nope. Zamiast tego wchodzimy do świata, który wymaga zaangażowania, ale odpłaca się spójnością i konsekwencją. Klubowe brzmienia służą tu do ekspresji tych najbardziej osobistych przeżyć, a produkcja zachwyca w każdym numerze. EUSEXUA to projekt, który pokazuje FKA w nowym świetle. Jest znacznie bardziej świadoma siebie i swoich możliwości – znacznie pewniejsza siebie i tego jak to podaje, ale bez utrarty dotychczasowej wrażliwości, do której nas przyzwyczaiła. Absolutna topka. (przem)

Grabek – Wonderfully Archaic
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Wonderfully Archaic zaczęło się od starego zdjęcia i dokładnie tak też brzmi: jak grzebanie w pamięci, bez pośpiechu i bez chęci domykania sensów. Grabek buduje tu dźwiękowe przestrzenie na styku ambientu, elektroniki i neoklasycznych motywów, zostawiając dużo miejsca na ciszę i niedopowiedzenia. To płyta bardziej do bycia niż do słuchania — trochę jak wewnętrzny monolog, który nie potrzebuje publiczności. Każdy utwór jest tu jak osobny kadr, w którym emocje są ważniejsze niż narracja, a przeszłość nie jest wspomnieniem, tylko stanem trwającym tu i teraz. Z czasem ta fragmentaryczność zaczyna działać jak zaleta — im mniej Grabek dopowiada, tym więcej przestrzeni zostawia słuchaczowi. To album, który nie chce być interpretowany, tylko współodczuwany, na własnych warunkach. (daria)
HAERTS – Laguna Road
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Laguna Road to moim zdaniem najbardziej intymny album w dorobku HAERTS. Duet stawia na oszczędną formę – opartą na żywych instrumentach i naturalnej dynamice, co nadaje całości domowy, niemal dokumentalny charakter. W tych piosenkach mocno słychać spokój i intymność codzienności. Fortepian, ciepłe brzmienie gitary akustycznej, przepiękna warstwa liryczna, subtelne smyczki – i szczery, bezbronny wręcz wokal Nini. To album spokojny, dojrzały i bardzo ludzki, pełen intymnych detali. To jedna z tych płyt, które najlepiej działają w całości, a nie we fragmentach. Mając go na słuchawkach i słuchając tekstów – czuje się, jakbym oglądał album ze zdjęciami. (przem)
Hannah Cohen – Earthstar Mountain
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / Apple Music
Może nie było w tym roku nowego albumu od Weyes Blood, ale Hannah Cohen skutecznie wypełniła tę lukę. Zasłuchana w soft rocku i lekko psychodelicznych gitarach Amerykanka, podobnie jak Natalie Mering, jest w stanie ubrać swój zwiewny wokal w ciekawe, kojące aranżacje, otulając słuchacza ciepłym szaliczkiem sentymentu. Łagodna płyta na brutalne czasy. A dla ciekawskich: dodatkową niespodzianką jest ukryta obecność takich artystów jak Sufjan Stevens czy Clairo, którzy wzbogacają album czy to klarnetem, czy wokalami w tle. Można sobie wyobrażać, że każde z nich, jeśli tylko miało okazję, poszło po nagrywkach z Hannah na smaczną kawę i ploteczki. Sam bym tak zrobił. (jacek)
Hayley Williams – Ego Death At A Bachelorette Party
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Hayley postawiła na szczerość absolutną. Krążek nie trzyma się jednego stylu (jak to u Hayley na imprezie bywa), ale to jego mega siła. Dostaliśmy świat, w którym alternatywny pop miesza się z gitarami i akustyczną wrażliwością. Stylistyczna różnorodność nie jest jednak tutaj ani trochę o „uniwersalności” – wynika raczej z ilości emocji, którymi się dzieli, bo nic tu nie rozpada się na przypadkowe pomysły. Hayley wpuszcza słuchacza do swojej głowy i odsłania całą paletę uczuć: frustrację, smutek, nostalgię, gniew i nadzieję, gdzie każdy utwór to inny fragment tej układanki. Ten kontrast robi robotę, bo dobrze oddaje to, o czym opowiada. To, co dzieje się na Ego Death At A Bachelorette Party, przypomina emocjonalny rollercoaster – let’s ride! (przem)

HEADACHE – Thank You for Almost Everything
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Drugi album projektu Headache to muzyka, która płynie bokiem – trochę trip-hop, trochę rozmyta elektronika, dużo emocjonalnego szumu. Francis Hornsby Clark i Vegyn nie próbują tu niczego porządkować ani domykać. Jest sennie, chwilami brudno, momentami bardzo blisko skóry. Thank You for Almost Everything brzmi jak notatki robione w nocy: bez filtra, bez pointy, za to z uczuciem lekkiego niedopasowania do świata. To płyta, która działa najlepiej wtedy, gdy słuchasz jej półuważnie – w tle myśli, zmęczenia albo momenty, których nie da się łatwo nazwać, bo ten pozorny brak kontroli i nonszalancja wydają się świadomym wyborem, a nie brakiem kierunku. (daria)

Jenevieve – CRYSALIS
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Muzyka Jenevieve wyrasta z tego samego trzonu co znacznie bardziej docenionej w tym roku Rochelle Jordan. Chociaż Through the Wall ma w sobie wszystko, co pozwoli zawładnąć dużymi scenami festiwali, właśnie Jenevieve kultywuje bliską mojemu sercu tradycję bardziej wyciszonego alternatywnego r&b. Jenevieve płynie swoim wokalem z tak ogromną gracją, że bez większych przeciwności może się przełączać między pełnoprawnym śpiewem a wokalizami, nie gubiąc w żadnym momencie myśli przewodniej utworu. Iron Lung (Breathe In) przypomina Magdalenę Bay, Partycrasher Jaia Paula, a Faded Lve SZA, jednak z całej tej mozaiki inspiracji powstaje spójny projekt, sprawnie łączący intymność i minimalizm bedroom popu z wielkimi aspiracjami r&b wyrażonymi językiem city popowej nostalgii. (jacek)
Lorde – Virgin
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Zdecydowanie jest to album, który zyskuje po kolejnych odsłuchach. Nie zrobił na mnie wrażenia na samym początku, mimo solidnych singli, ale po pewnym czasie zacząłem doceniać mnogość pomysłów, świetny dobór współpracowników, odwagę związaną z szukaniem dalej, zamiast wygodnej przecież ścieżki powrotu do korzeni po słabym odbiorze Solar Power. Echa brzmieniowej euforii Melodramy są wyciszone, ale czasem dobijają się w refrenach (What Was That, If She Could See Me Now). Najbardziej jednak intrygują takie gatunkowe romanse jak Shapeshifter (futurę garage) czy Man of the Year (post-industrial), które w takiej formie świetnie wyrażają emocje: klubową nostalgię i wyrzuty sumienia czy nieoczywisty stosunek do własnego ciała. Mam wrażenie, że to jedna z tych płyt, które mogą obrosnąć kultem po latach, ale nawet jeśli tak się nie stanie, Lorde z pewnością zyskała po jej premierze dużo pewności siebie. A to też ogromna wartość. (jacek)

Mark William Lewis – Mark William Lewis
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Dużo mówiło się o tej płycie w kontekście tego, że filmowa wytwórnia A24 wchodzi na rynek muzyczny. Wcześniej wydawała tylko utwory i płyty powiązane ze swoimi filmami, teraz podpisała artystę wyłącznie za zasługi muzyczne. Ale nic w tym dziwnego, bo wyobraźnia kompozycyjna Marka broni się sama. Trochę jest tu Deana Blunta, szczypta Marka Hollisa, krzta The Durutti Column, ale miejskie pejzaże z bogatym instrumentarium żyją przede wszystkim w swojej własnej przestrzeni, mówią osobistym językiem. To album do spokojnych spacerów, który urzeka swoim nieśpiesznym tempem i dostojnym wokalem, który ma jeszcze do opowiedzenia mnóstwo historii. No i ta harmonijka… (jacek)
Mateusz Tomczak – Miłość i inne perwersje
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / Apple Music
W tym roku polska scena niezależnego emo straciła kilka ważnych nazw, choćby tylko wspomnieć Long Time No Talk czy Trujące Kwiaty. Dlatego ciekawie w tym kontekście będzie obserwować, czy fani wspominanych projektów choć trochę spojrzą w kierunku Mateusza Tomczaka. Jego trzecia pełnoprawna płyta jest znacznie bardziej agresywna niż debiut. Mniej tu elegancji, a więcej chłodnego, mechanicznego wręcz rozliczania się ze swoimi emocjami i uczuciami. Nie tylko zimna fala i syntezatory, w tle pobrzmiewają też gitary, a gęsta produkcja uwypukla desperację i obsesję tkwiącą w tekstach. Nad zeszłorocznym albumem Miłość i inne perwersje królują za to większą zwartością i dobrą selekcją, bo zwyczajnie nie ma tu słabego utworu. A jako wisienka na torcie kwaśne Kochaj mnie, które przeradza się w ultramelodyjny hymn zatopiony swoimi inspiracjami gdzieś w The Postał Service. (jacek)
miffle – goodbye, world!
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / Apple Music
Kolażowa ambientowa muzyka z taśmy zawsze łapie mnie za serce i ujmuje swoją zdolnością zatrzymania chwil i nadania im nowych znaczeń. Za to ceniłem kilka lat temu Noce i dnie Pejzaż, twórczość The Caretaker, kolejne pomysły Zaumne czy niektóre fragmenty składanki Mono no aware. Te same uczucia wzbudza we mnie miffle. Ten materiał miesza to, co organiczne, z tym, co cyfrowe, jednocześnie pilnując, aby nic nie brzmiało zbyt idealnie. Zniekształcenia, glitche, rozmycia, wszystko to daje złudzenie oglądania czyichś wspomnień, a gdy obcuję z tym materiałem wystarczająco długo, czasem zaczynam się zastanawiać, czy na to wszystko nie nakładają się również moje wspomnienia. Trudno nie zatopić się w tym półprawdziwym gąszczu. (jacek)
Nourished by Time – The Passionate Ones
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Tidal / Apple Music
Jest to jedyny w tym roku album, do którego chciałem wrócić w całości od razu po pierwszym odsłuchu. Zwyczajnie nie ma tutaj słabszych utworów. Nie sądziłem, że Marcus zdoła ot tak nagrać kilka kompozycji o poziomie wybitnego przecież The Fields, a tu proszę, hity sypią się jak z rękawa. Sporo się można było nasłuchać porównań do Blood Orange czy dawnego Franka Oceana, ale po prawdzie więcej tutaj różnic niż podobieństw. Zręczność w poruszaniu się między gatunkami to jedno, ale najbardziej na The Passionate Ones cenię to, że każdy utwór ma tę jedną warstwę, jakiś dodatkowy dźwiękowy pasaż dający solidnym kompozycjom pierwiastek ponadprzeciętności. I tu właśnie tkwi różnica w stosunku do wspomnianych wcześniej czołowych postaci alternatywnego r&b: Dev i Frank powstrzymują się przed przesadnym opakowywaniem utworów, gdy czują, że osiągnęli dostatecznie dobre brzmienie. Marcus ryzykuje popadnięcie w przesadę, wie, że może przedobrzyć i wrzucić do swoich piosenek za dużo gitary, syntezatorów czy rapowej nawijki, ale jakimś cudem zawsze z takich sytuacji wychodzi obronną ręką. Właśnie w tym tkwi magnetyzm The Passionate Ones. (jacek)
Paul Kalkbrenner – The Essence
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Po siedmioletniej przerwie Paul Kalkbrenner wraca z The Essence — albumem dojrzałym, melodyjnym i zaskakująco osobistym. Obok charakterystycznych, pulsujących struktur pojawia się tu także reinterpretacja Dream On Depeche Mode, która zamiast klubowego ciężaru przynosi nostalgię i emocjonalną miękkość. Kalkbrenner balansuje między parkietem a introspekcją, budując płytę bardziej do słuchania niż do grania. The Essence sprawia wrażenie płyty nagranej bez presji czasu i oczekiwań, bardziej jako osobisty zapis niż manifest powrotu. Dzięki temu nawet najbardziej klasyczne dla Kalkbrennera rozwiązania brzmią świeżo i szczerze, jednocześnie pokazując go jako producenta, który nie musi już niczego udowadniać — i właśnie dlatego brzmi tak przekonująco. (daria)

PinkPantheress – Fancy That
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Ten mixtape nie byłby taki dobry, gdyby nie trwał 20 minut. Brytyjka sięga tu bardziej do debiutanckiego To Hell With It niż pełnoprawnego longplaya Heaven Knows, więc czuje się jak ryba w wodzie: zalewa nas krótkimi, ale wyrazistymi i maksymalnie tanecznymi utworami w dwóch częściach. Miło łechcą luźne odwołania do elektronicznych legend (Burial w intro Nice to Know You czy The Orb w Stateside), a płynne przejścia dają złudzenie obcowania z bezbłędnym DJ setem. Idealny sampel Panic! At the Disco w sprężystym jak guma Tonight tylko potwierdza, jak bujną wyobraźnię ma PinkPanheress. Materiał, który nadaje się na wiele okazji i zawsze znajdzie swoją drogę do słuchawek. (jacek)

Roberci – Księga Robertów
Posłuchaj: Bandcamp / Spotify / Apple Music
Tutaj krótko i bez owijania w bawełnę. Pisałem w recenzji o moim stosunku do tej płyty i miło mi przyznać, że po upływie kilku miesięcy kompletnie się on nie zmienił. Tym samym można bez zawahania przyznać, że muzyka z Księgi Robertów się nie nudzi, da się jej słuchać na zapętleniu, a album sprzyja powrotom. Każdy z nich wiąże się z czystym zalewem radości, bo przecież w gruncie rzeczy dalej granie ciepłe, przyjemne, miłe i humorystyczne nie jest na naszym podwórku graniem dominującym. Tym bardziej warto docenić, mówiąc kolokwialnie: dać se płytkę i zapomnieć o codziennych smutkach. Ja lubię i Wy też na pewno polubicie, tylko dajcie jej szansę. (jacek)

Skrillex – Fuck U Skrillex You Think Ur Andy Warhol But Ur Not
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Jakbyśmy szczerze stanęli w prawdzie przed sobą, to prawdopodobnie doszlibyśmy do wniosku, że ten materiał nie jest AŻ TAK różny od dawnych Skrillexowych dokonań, a cała otoczka hyperpopowych i nadto internetowych czasów po prostu bardziej sprzyja jego odbiorowi. Ale to nie jedyne powody, przez które słucha się tego tak dobrze. Pewna dawka ironii, ale nie przesadnej krawędziowości, pozwala podejść do płyty z większą wyrozumiałością niż do np. Recess, a szerokie grono współpracowników i spójność utworów, nawet mimo sięgania po przeróżne inspiracje i wtręty, dodaje dużo jakości. Doświadczenie, które Sonny zebrał przez lata scenicznej aktywności, pozwoliły mu wyrosnąć na nowo, we właściwych czasach, obok odpowiednich ludzi i z wyraźnym muzycznym przekazem i identyfikacją. (jacek)

Tate McRae – So Close To What
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Mój pop-masterpiece tego roku. Na swoim trzecim krążku Tate udowadnia, że jest gotowa na status pełnoprawnej gwiazdy pop. Płyta jest dynamiczna, nowoczesna i bardzo dobrze wyprodukowana. Tate porusza się tu swobodnie między mocno tanecznym popem, a bardziej emocjonalnymi momentami – zachowując charakterystyczną dla swoich tekstów szczerość. So Close To What doskonale pokazuje Tate jako artystkę świadomą swoich atutów i gotową na kolejny etap kariery. To materiał, który ewidentnie tworzony był z myślą o scenie i występach na żywo. Miałem dodatkowe szczęście zobaczyć w tym roku jej koncert w Łodzi – zgadza się tu absolutnie wszystko. Od choreografii po kontakt z publiką – a mam przeczucie, że sama Tate dopiero się rozkręca. (przem)
Viagra Boys – viagr aboys
Posłuchaj: Spotify / Tidal / Apple Music
Szwedzi z Viagra Boys w viagr aboys odwracają nieco konwencje – mniej politycznego kąsa, za to więcej surowej energii i absurdalnego humoru. Ta płyta to post-punkowy rollercoaster, gdzie bezkompromisowe riffy i charakterystyczny cynizm Murphy’ego tańczą w rytmie chaosu, który jednocześnie bawi i prowokuje. Jest brudno, absurdalnie, momentami wręcz głupio, ale pod tą warstwą ironii dalej siedzi napięcie, które znamy z ich wcześniejszych rzeczy. To płyta mniej manifestowa, bardziej chaotyczna, jakby robiona z potrzeby wyrzucenia z siebie nadmiaru bodźców. Post-punk jako stan umysłu, nie deklaracja. (daria)
