OFF Festival 2025 / fot. Radek Zawadzki
OFF Festival 2025: Zawsze coś się traci
Najlepsza programowo edycja OFF Festivalu od lat nie obyła się bez wpadek.
Długo czekaliśmy, aż w końcu line-up OFF Festivalu będzie wywoływał taką ekscytację. Po kilku edycjach z głośnymi chórami narzekań i programami dobrymi, ale nierównymi czy nieco rozczarowującymi, teraz dostaliśmy zestaw artystów na czasie, solidny, bez zapychaczy i, co najważniejsze, dopasowany idealnie do targetu imprezy, a zarazem trafiający w specyficzne nisze, które udało się zachęcić do przyjazdu do Katowic.
W ubiegłych latach OFF próbował eksperymentować z grupami docelowymi, licząc na to, że polski rap (Otsochodzi, Bedoes) czy festiwalowa elektronika (Mura Masa, The Blaze) zdoła ściągnąć do Katowic wystarczająco dużo wiernych fanów. Tym razem w końcu porzucono te średnie pomysły i zaczęto celować w inne rejony: drainerzy (Ecco2k, Mechatok) czy fani hyperpopu (Frost Children, ruskie kotki) bardziej ochoczo zjechali na Śląsk, dodatkowo poprawiając i tak wysoką frekwencję. Nie zabrakło oczywiście standardowych elementów układanki: metal i screamo (Portrayal of Guilt, envy), elektronika (Two Shell, Yaeji, HiTech) czy legendy (Kraftwerk). Każdy mógł znaleźć coś dla siebie.
Z wieloma uczestnikami wiąże się wielka odpowiedzialność
Tak dużo dobrego przełożyło się na wspomnianą frekwencję. Festiwal się wyprzedał i wywołało to sporo problemów natury logistycznej. Pierwszego dnia kolejka po odbiór opasek ciągnęła siię w szczytowym momencie na prawie kilometr, nieszczęśliwcy stali w niej kilka godzin i mogli się pożegnać z wieloma piątkowymi koncertami. Wydaje się, że poza tłumami za taki stan rzeczy można winić też to, że w tym roku występy zaczynały się dosyć późno. W piątek teren festiwalu otworzył się o godzinie 17, w ubiegłych latach były to okolice 15. Pozwalało to rozładować tłum. Nawet jeśli pierwsze sloty zawsze były dla artystów nieco smutne z powodu niskiej frekwencji, organizacyjnie pełniły bardzo ważną rolę. Inna kwestia to bardzo słaby zasięg internetu. O ile na samym terenie festiwalu może to być problem trudny do rozwiązania, przy strefie biletowej jest to niedopuszczalne: problemy z pobraniem biletu dodatkowo spowalniały kolejkę i tylko potęgowały poczucie bezsilności kolejnych osób w niej stojących.
Problematyczne były też kolejki do toalet: ten problem łatwo byłoby rozwiązać choćby dodatkowymi pisuarami. Ponownie zaatakował też deszcz, a jak deszcz, to i błoto. Duży teren pod główną sceną był niemal niedostępny, niemałe kawałki pod namiotami również de facto pozostawały wyłączone z użytku. Skoro podłoże jest, jakie jest, trzeba pomyśleć o jego utwardzeniu na czas festiwalu albo przynajmniej o jakichś rampach umożliwiających bardziej płynny ruch. Jasne, można założyć kalosze, ale nie bierzemy przecież pod uwagę tylko silnych młodych offowiczów, którzy zniosą każde warunki, a również osoby o ograniczonej sprawności czy w bardziej zaawansowanym wieku. Dodatkowo tłumy podczas koncertów w namiocie Trójki prosiły wyraźnie albo o zwiększenie jego powierzchni, albo o umieszczenie telebimów: w innym wypadku realnie odcinamy wielu osobom możliwość oglądania koncertów. Można też odnieść wrażenie, że nieco zawiodła sceniczna ekipa techniczna: jeśli podczas koncertu coś wyraźnie nie działało, artyści nie mogli się doprosić o rozwiązanie problemu i czasem musieli sami schodzić na backstage i wyciągać kogoś do pomocy. A cenny czas koncertowego slotu w tym czasie nieubłaganie płynął.
Trudne wybory
Wysoka jakość programu to ryzyko bolesnych festiwalowych clashy. Tak było i w tym roku. Nilüfer Yanya pokrywała się z Os Mutantes. Chociaż ci drudzy z pewnościa są legendami, Brytyjka być może też kiedyś się nią stanie. Mało kto obecnie pisze tak dobre piosenki, tak często bawi się strukturą, tak dobrze ogrywa składowe utworów. Wszystko to dało się usłyszeć podczas koncertu, który okazał się znakomity nawet mimo drobnych problemów technicznych i częstego przestrajania zwalniającego dynamikę. Dobrze rozumiejący się zespół, przemyślana setlista, świadomość własnych zalet i umiejętności, otwarcie drzwi do własnego muzycznego świata. Bez dwóch zdań jeden z lepszych koncertów festiwalu. Yaeji grała wtedy, kiedy HiTech. Chociaż zaprezentowała tylko DJ set, porwała nim od pierwszych sekund, zagrała również autorskie utwory, przypadkiem wykonała też nostalgiczny throwback do 2017 roku: zagrała Kathy Lee Jessy Lanzy, utwór, który na Scenie Leśnej wybrzmiał osiem lat temu na żywo. Panchiko nakładali się z Wednesday Campanella: ten drugi projekt wracał na festiwal po latach, ciekawie więc było przysłuchać się temu, co mają przygotowane Panchiko. I rzeczywiście było to brzmienie przyjemne, o dwóch odcieniach: rozmytym i relaksującym z ery przełomowego D>E>A>T>H>M>E>T>A>L oraz bardziej zadziornym z czasów najnowszych płyt Brytyjczyków. Wczesne Coldplay i Snow Patrol? Bardzo możliwe. Udany miks pasujący do aury nadchodzącego zmierzchu.
James Blake swój slot headlinerski współdzielił z koncertem sludge metalowego Portrayal of Guilt. Brytyjczyk postawił na intymne kompozycje. Tylko czasem skręcał w bardziej taneczną stronę, głównie z albumu Playing Robots Into Heaven. Ale najbardziej wzruszał balladami: Godspeed Franka Oceana czy autorskie Say What You Will. A niosący się echem bas z Overgrown i Retrograde to już zupełnie inna historia. MJ Lenderman boleśnie krzyżował się z Maríą José Llergo. Ale warto było znaleźć się na jego koncercie, bo wraz z zespołem wyłuskał to, co najlepsze z alternatywnego country. Cudowne brzmienie gitar, wpadające w pamięć tekstowe one-linery i ten niepodrabialny styl, przywodzący na myśl choćby wczesne Wilco czy nieodżałowane Silver Jews. Nawet deszcz nie zmył pozytywnych wrażeń po tym koncercie. Koncert Pa Salieu mógł być ciekawy, ale o tamtej godzinie wybór zdecydowanie padł na Geordiego Greepa. Chociaż nie była to muzyka do stania w tłumie w błocie, zespół bawił się na scenie znakomicie. Dużo improwizacji, frywolne podejście do płytowych wersji utworów, solówki, zaangażowanie, pot i łzy (radości). Dobrze, że koncert odbył się w większym z namiotów, bo chętnych do słuchania było i tak aż zanadto. Geordie ma w sobie to coś.
Stop genocide
Chociaż obecnie o temacie ludobójstwa w Strefie Gazy mówi się coraz więcej, i tak trzeba pochwalić artystów, którzy poświęcili temu tematowi choćby sekundę swojego czasu. Szczególnie, że festiwal to jak najbardziej miejsce na propagowanie podstawowych praw człowieka. Tak się składa, że w wielu przypadkach mądre słowa, hasła i tezy padały na świetnych tak czy inaczej koncertach. Kneecap pokazali, z jaką energią można dostarczyć nowoczesny rap i rozruszać tłum do dzikiej zabawy. Berlin Manson ze Słowacji wyjątkowo dobrze mówili po Polsku i potrafili sprzedać swoją wersję elektronicznego punku. Fontaines D.C. godnie wywiązali się z roli headlinera, a zarazem zaliczyli udany powrót po latach na festiwal, na którym wszystko się zaczęło. Dlatego nie mogli nie zagrać m.in.noisowo-krautowego Hurricane Laughter. Cała setlista pękała od hitów, a tłum pod sceną wiele utworów śpiewał głośno i wyraźnie. Irlandczycy wyrośli na jeden z największych nowych rockowych zespołów. Oasis czy The Cure dla zoomerów? Możliwe. I bardzo dobrze.
Alan Sparhawk bardzo skutecznie pozbył się przypadkowej widowni spod Sceny Eksperymentalnej. Półgodzinny popis z materiałem z albumu White Roses, My God był procesem przepracowywania traumy, ale i pokazem scenicznej ruchliwości. Wokal z autotune nie niósł żadnych emocji, te dawały dopiero szaleńcze ruchy Alana. Ale i tak najlepsze przyszło później. Druga połowa koncertu przebiegała już z gitarą. Monumentalne Poor Man’s Daughter czy rzewne Screaming Song przywoływały ducha Low, a moc, jaka płynęła z gitary Alana, wydawała się być nie z tej ziemi. Wspaniały koncert, a zarazem wyraz przeżywania żałoby na dwa odmienne sposoby. Warto wspomnieć, że na basie grał Cyrus Sparhawk, syn Alana. No i Have a Nice Life Life. Zespół, którego ściągnięcie na OFFa zajęło lata, ale okazało się wydarzeniem godnym każdej chwili wyczekiwania. Wylewający się z namiotu tłum, burza i ulewny deszcz, który tylko wzmagał emocjonalne rozedrganie w trakcie koncertu, szaleńcze popisy Dana Barretta, wykonywane na żywo wizualizacje, posępna aura i zaangażowana publika, przeżywająca występ jak w transie albo wykrzykująca teksty utworów. Niesamowite przeżycie, zwieńczone wykonaniem monumentalnego utworu Earthmover. Jeden z najlepszych koncertów tegorocznego OFFa.
Polska jakość
Wyjątkowo dobra była w tym roku selekcja polskich zespołów. W większości przypadków nie było żal wybrać się na koncert kogoś z Polski kosztem zagranicznego artysty. The Cassino otworzyli w piątek Scenę Leśną nieśmiałością sceniczną i wyjątkową śmiałością gitarową. Lawirowali między shoegaze i indie rockiem, a lekki deszcz i wychodzące zza chmur słońce dodało temu koncertowi wiele uroku. Nic dziwnego, że na klubowych trasach raz po raz wyprzedają kolejne obiekty: przyszłość należy do nich. Reaktywowany Kombajn do zbierania kur po wioskach zagrał cały ciąg szlagierów, do których śpiewała zaangażowana publika. Koncert mógłby być lepiej nagłośniony, ale przez dobór utworów i wczucie zespołu wszystkie inne kwestie schodziły na dalszy plan. Jeden z najgłośniejszych koncertów festiwalu był dziełem katowickiego składu Ciśnienie. Swans, Godspeed You! Black Emperor, trochę Niechęci, dużo hałasu – idealny przepis na ogrom wrażeń. Zdecydowanie mamy do czynienia z zespołem, który w przyszłości będzie duży. Warto też wspomnieć o dwóch koncertach na Scenie BLIK: taneczna Julia Rover i mroczny post-punkowy Balkon. Chociaż ich dźwięki dochodziły do mnie z oddali, były na tyle charakterystyczne i wyraziste, że z pewnością zachęciły do zobaczenia projektów na żywo podczas oddzielnych koncertów.
Nie da się mieć wszystkiego. Fenomenalny program OFFa i najwyższą od lat frekwencję trzeba było przypłacić wpadkami organizacyjnymi. Za to jakość line-upu wywoływała zawroty głowy, gdy przychodziło do wyboru, na który koncert się wybrać. O ile tego drugiego problemu nie da się rozwiązać i mierzyć się z nim trzeba zawsze, gdy na raz dzieje się dużo dobrego, kwestie organizacyjne z pewnością będzie się dało poprawić. Oby kolejna edycja utrzymała rozpoczętą w tym roku trajektorię i wciąż świetnie trafiała z bookingami. Może to początek nowej złotej ery OFF Festivalu? Wszystko na to wskazuje.
