OFF Festival 2026 / fot. ishootmusic.eu

OFF Festival 2026: Inspiring other festivals

Nieśmiały jubileusz katowickiej imprezy pozostawił po sobie niemal wyłącznie miłe wspomnienia.

Chociaż niejednokrotnie podczas ogłoszeń w Trójce Artur Rojek zaznaczał, że nie widzi tegorocznej edycji OFF Festivalu jako jubileuszowej, bo na świętowanie przyjdzie pora dopiero podczas dwudziestej edycji, katowickiej imprezie właśnie kalendarzowo stuknęły dwie dekady. Fakt ten nie przeszedł bez echa: nieśmiało gdzieś w materiałach promocyjnych pobrzmiewała informacja o jubileuszu, a festiwalowy merch bardzo wyraźnie zaznaczał dwudzieste urodziny hasłem Inspiring other festivals since 2006. To zdanie jednoznacznie podkreśliło fakt, który wybrzmiał w tym roku wyjątkowo mocno: OFF Festival to wydarzenie kreujące i animujące, a nie tylko podążające za trendami.

Kurator musi się postarać

Praca w roli kreatora i organizatora, nie tylko festiwalu, ale również tworzących go wydarzeń, nie należy do prostych. W ubiegłym roku w Katowicach wystąpił długo wyczekiwany zespół Have a Nice Life, a OFF miał duży udział przy ściągnięciu artystów do Europy. W tym roku swój efekt odnalazły inne długoletnie starania: na scenie głównej wystąpił jeden z najważniejszych zespołów sceny midwest emo, Sunny Day Real Estate. Wyjątkowo dobra forma na żywo i przegląd najważniejszych kompozycji w dorobku kapeli, a jednocześnie pierwsza (!) wizyta w Polsce, ponad trzy dekady po wydaniu kultowego albumu Diary. Dla obecnych pod sceną fanów musiał to być koncert genialny: świetnie nagłośniony, z przemyślaną setlistą i zaangażowaniem rozradowanych muzyków na scenie. Usłyszenie na żywo Pillars, In Circles czy Song About an Angel można zaliczyć do wydarzeń jedynych w swoim rodzaju.

Smuciła jedynie dosyć skromna reprezentacja słuchaczy pod sceną. Nie zawsze ciężka praca i wieloletnie starania przynoszą oczekiwany frekwencyjnie skutek. Przekonali się o tym choćby przed laty organizatorzy warszawskiego koncertu Wilco w Progresji: pierwszy klubowy koncert legendarnej amerykańskiej grupy poskutkował frekwencyjną porażką. Podobną kuratorską upartość reprezentował też nieistniejący już Halfway Festival, muzycznie silnie związany z OFFem. Nie zmienia to jednak faktu, że takie starania są bardzo potrzebne i mile widziane. Szczególnie, że inna inicjatywa OFFa wypaliła już w stu procentach.

Ściągnięcie do Polski legendy muzyki Brazylijskiej, Arthura Verocaia, samo z siebie nie było łatwą sztuką, choćby z powodu zaawansowanego wieku artysty. A ta sztuka nie tylko się udała, ale też przekroczyła oczekiwania: razem z Arthurem zagrała AUKSO Orkiestra, dodając twórczości kompozytora i aranżera mnóstwo głębi oraz eksponując każdy detal: doskonale słychać było nawet najmniejsze uderzenia w trójkąt. Do samby tańczyli wszyscy, tłumnie zresztą zgromadzeni pod sceną: drainerzy czekający na koncert Yung Leana i Bladee, starsi, wracający z Einstürzende Neubauten, millenialsi, boomerzy i zetki. Bez wątpienia występ Verocaia był najbardziej podnoszącym na duchu i pozytywnym aktem festiwalu. A producencka praca wykonana przez OFF Festival ma swój dalszy ciąg, bowiem Brazylijczyk z AUKSO zagra niedługo podczas Øyafestivalen, Way Out West Festival i Flow Festival.

Kuratorski sznyt na OFFie chwalili też niejednokrotnie występujący artyści. Karly Hartzman z Wednesday zazdrościła wszystkim możliwości zobaczenia Arthura Verocaia – zespół zagrał dzień później niż planowano z powodu wybuchu Etny. Tutaj też należą się ogromne wyrazy uznania za doprowadzenie tego koncertu do skutku: mimo wczesnej pory grupa zagrała z siłą rozpędzonego pociągu, wokal Karly bezbłędnie lawirował między krzykiem a śpiewem, ze wszystkich muzyków wylewała się ulga, że wydostali się z odciętej od świata Sycylii i przełożyło się to na wyjątkowo dobry debiut zespołu w Polsce. Oby mieli jeszcze okazję wrócić.

Tradycja na nowo

Wyjątkowo mocno wyeksponowano w tym roku na OFFie współczesne spojrzenie na tradycję. A wątek ten już od początku festiwalu zapoczątkował Tercet Imperial. Oberki ziemi radomskiej bez żadnego żywego instrumentu wybrzmiały hipnotyzująco i transowo. Zabrodzki i Młynarski to doświadczeni jazzmani, więc zachowany został pełen profesjonalizm, ale też momentami improwizujące podejście. Joanna Sztucka swoim tradycyjnym wokalem idealnie dopełnia ten skład. Chociaż na dłuższą metę jednostajność tej muzyki może nużyć, dosyć łatwo zapomnieć przy niej o wszystkim dookoła i zasłuchać się w powtarzane w kółko motywy. Podobną sztuczkę stosują Los Thuthanaka, podkręcając ją jednak do granic możliwości. Wielowarstwowe kompozycje oparte na powtarzalnych motywach, po części granych jednak mozolnie na żywo, wybrzmiały fenomenalnie i bez hamulców wkręcały się w głowę. Można je nucić do teraz, na zawołanie. Imponujące.

Z nieco innej strony do tradycyjnego brzmienia podeszła Céline Dessberg. Francuzka mongolskiego pochodzenia sprawnie prezentowała french pop, ale też sięgała do mongolskich korzeni. Za sprawą języka i instrumentu: lokalna strunowa yatga nie była co prawda łatwa w strojeniu, ale w utworach brzmiała bardzo nietypowo i wyraziście. Uroczy koncert prawdopodobnie wschodzącej gwiazdy. Za to Rusowsky inspiruje się co prawda Tylerem, the Creatorem, ale bardziej niż po rap sięga po latin pop czy flamenco. Jego zwariowany koncert, pełny ruchu, skoków, humoru i zwięzłej produkcji, zatopiony był po szyję w muzyce hiszpańskiej. Efekt końcowy okazał się nadspodziewanie dobry, do tańca udało się wciągnąć nawet przypadkowych przechodzących festiwalowiczów, a formuła koncertu (peruki, kolory) sprawiała, że przyjemnie się to wszystko oglądało.

Bez półśrodków

W tym roku sporo było na OFFie koncertów totalnych. Albo działo się na nich dużo i głośno, albo minimalistyczne środki zapewniały wyjątkowe wrażenia. Do tej drugiej kategorii z pewnością należy Joanne Robertson. Brytyjka stanęła na scenie sama z gitarą i oczarowała swoimi kompozycjami: kontemplacyjnymi, wyciszonymi, zaśpiewanymi wycofanym wokalem. Ten występ wymagał skupienia, ale rekompensował niezapomnianymi momentami. Po wszystkim artystka sięgnęła po torbę na ramię i zniknęła ze sceny, jakby wpadła tu pomiędzy zakupami a spacerem z psem. Podczas koncertu Oklou działo się sporo, muzycznie udało się jednak zachować minimalizm i szkieletowośc niektórych kompozycji Francuzki. Było to show z przemyślaną scenografią, intensywnym użyciem kamery podążającej za artystką i dobrym kontaktem z fanami. Nie obyło się też bez tanecznych chwil porywających publikę (harvest sky). Zabrakło natomiast czegokolwiek z samych początków kariery artystki: Friendless to wciąż jeden z jej najlepszych utworów. Dosyć oszczędnie wypadł koncert M(h)aol, który brzmiał powściągliwie jak na post-punkowe standardy. Z drugiej strony ze sceny ciągle płynęły szczere historie i anegdoty, a i same piosenkopisarstwo miało sznyt slice-of-life. Zespół wciąż potrzebuje ogrania, ale takie utwory jak Pursuit pokazują, że do scenicznej wprawy brakuje im bardzo niewiele.

Z drugiej strony znajdują się koncerty, które rzucały na słuchaczy wszystko. W tym prym wiedli The Flaming Lips, którzy obsypali zebranych pod sceną konfetti w kształcie robotów, atakowali ich balonami i laserami, prezentowali na scenie dmuchane roboty i inne akcesoria rodem ze sklepu z przyborami imprezowymi. Gorzej, że momentami wszystko to odciągało uwagę od muzyków, każąc patrzeć jedynie w stronę Wayne’a Coyne’a. A akurat on był najsłabszym elementem układanki. Nieco kulejący już wokal, ciągłe krzyczenie keep going, keep going, brak pomysłu na siebie. Materiał źródłowy jest na tyle dobry, że odegranie go na żywo to w zasadzie samograj, a mimo to Wayne próbował usilnie sabotować. Bez zbędnego efekciarstwa, za to z potęznym dźwiękowym uderzeniem, wrócili do Polski Deafheaven. Nowy materiał brzmiał nieziemsko, nagłośnienie spisało się znakomicie, złowieszczy bas atakował bez skrupułów, George Clarke aż kipiał od energii i wydawał się mieć tłum na skinienie palcem. Zresztą nie musiał wiele robić, żeby rozkręcić pogo w unoszącym się kurzu. Panowie obiecali powrót już z nowym materiałem i po takim koncercie apetyty można mieć ogromne.

Wizytujący pierwszy raz w Polsce Current Joys kojarzyć się może ze smutnym indie rockiem z YouTube, ale jego set obejmował znacznie więcej: ocierający się o metal wykrzyczany utwór (prawdopodobnie Skinamarink on the TV z nadchodzącej płyty), wzorowa slowcore’owa kompozycja w postaci Become the Warm Jets czy momenty, w których lśniło alt country. Oczywiście rzeczonego slacker bedroom popu również nie zabrakło. Wystarczyło choć trochę znać twórczość Nicholasa, żeby całkowicie oddać się gitarom. Jeńców nie brała tez gitara Johnny’ego Marra. Brytyjczyk udowodnił, że jest jednym z najlepszych muzyków władających tym instrumentem, a sposób zagrania kultowego How Soon Is Now? mógł zapierać dech w piersiach. Oczywiście artysta mógł sięgnąć po trochę więcej repertuaru The Smiths (choćby kosztem coveru The Passenger), ale i tak poczucie obcowania z legendą nadrabiało niedostatki. Absolutne maksimum z formuły DJ-seta wycisnął za to Sega Bodega. Artysta grał niemal wyłącznie utwory, przy których miał swój udział i w ten sposób zebrał się zestaw potęznych przebojów. Nie dało się wyjść przed końcem występu, a nogi same się rwały do tańca. Tutaj też warto pochwalić cały koncept irlandzkiego dnia na scenie eksperymentalnej: wypadło to od A do Z znakomicie.

Silna Polska

Klasycznie na OFFie pojawiła się silna polska reprezentacja. Na tyle silna, że niejednokrotnie warto było poświęcić zagraniczny występ by zobaczyć polski zespół. Grupa Mlecze ledwo co wydała swój świetny drugi album i obecny czas jest idealny, żeby sprawdzić ich na żywo. Melodia każdego jednego utworu od razu zapadała w pamięć, wokale skutecznie czerpały z dream popowej lekkości, ale słowa utworów zostały wyśpiewane wyraziście. Skoro Kaśka Sochacka przebiła się do mainstreamu to Mlecze będą następne. Mark my words. Bujaturla niekiedy humorystycznie określają się mianem nepobabies polskiego niezalu. Bez wydanej studyjnie jakiejkolwiek piosenki grają w końcu na OFFie. Ale nie jest to przypadek, doświadczeni muzycy ze Zwidów i Syndromu Paryskiego mają pomysł na siebie: słychać tu Women, King Gizzard, a nawet The Cranberries. Bez dwóch zdań będzie z nich mocna ekipa.

Allarme zagrali swój solowy koncert, który odstawał nieco od jakości materiału studyjnego, ale zdecydowanie nie można im odmówić zaangażowania i wczucia się w estetykę. Zresztą, dzień wcześniej jako Ludzie wschodu, wykonując Nową Aleksandrię Siekiery, pokazali, jak dobrze czują się w surowym post-punku. I nawet jeśli tam tez pojawiły się jakieś problemy techniczne, a płyta w gruncie rzeczy została odegrana dosyć wiernie i zachowawczo, dla tak młodego zespołu jest to szybkie wpłynięcie na głęboką wodę. Dla Duszno scena Blik okazała się za mała. Wschodząca gwiazda polskiego shoegaze ma już wierną publikę, która żywiołowo przyjmowała każdy odegrany utwór. Dawno nikt tak dobrze nie przenosił na rodzimy grunt estetyki eterycznego wpatrywania się w buty jak oni, a na żywo efekt jest jeszcze lepszy. Przyjemnie wybrzmiał też koncert Atol Atol Atol, otwierający zresztą całą imprezę. Nerwowy i niewygodny post-punk z noisowymi naleciałościami.

Coraz lepiej

W ubiegłym roku mocno oberwało się kwestiom organizacyjnym. Dlatego OFF część rzeczy pozmieniał. Rozładowały się kolejki do wejścia i wymiany opasek (lepsza organizacja ruchu, większa przepustowość), chociaz wciąż przydałby się dodatkowy punkt wymiany gdzieś w centrum miasta. Toalety lepszej jakości również są mile widziane, chociaż należałoby jeszcze zadbać o odpowiednio częste ich opróżnianie. Na ogromny plus obecność pisuarów, która zmniejszyła kolejki. Lepiej pilnowano też ram godzinowych: artyści kończący dużo wcześniej niż w harmonogramie byli czasem zawracani na scenę. W końcu wykręcono też naprawdę dobre nagłośnienie, w zasadzie na każdej ze scen. Dzięki temu podczas koncertu Yung Leana i Bladee można było usłyszeć mnóstwo detali kryjących się za basami, co po ich koncertach klubowo-halowych wydawało się niemal niemożliwe. Idealnie brzmieli też Einstürzende Neubauten z najbardziej podniosłym i majestatycznym koncertem festiwalu. A podczas występu Amyl and the Sniffers w końcu dotarło, że Australijczykom bliżej do rodaków z AC/DC niż do sceny punkowej.

A co nie zagrało organizacyjnie? Autobusy dalej są niebezpiecznie zapchane, co jest o tyle ciekawe, że podobno miasto w tym roku jeszcze mniej zaangażowało się finansowo w imprezę. W takim razie mogli chociaż częściej podstawiać autobusy… Nierówny asfalt na głównym trakcie festiwalu też nie był winą organizatorów, ale powinno się go zabezpieczyć bądź lepiej oznaczyć: o skręcenie kostki w takich warunkach nietrudno. W strefie gastronomicznej brakowało normalnych napojów: dla abstynentów pozostało w zasadzie jedynie piwo bezalkoholowe. Wyjątkowo mocno rzucały się w uszy soundchecki w trakcie innych koncertów. Być może w poprzednich latach było ich mniej albo trwały krócej, teraz natomiast sceny czasem się przez nie zagłuszały. Najważniejsze jednak, że, zbierając wszystko w całość, w stosunku do zeszłorocznej edycji poprawa rzeczywiście nastąpiła, a organizatorzy wsłuchują się w głos festiwalowiczów.

Kuratorska rola OFFa jako festiwalu, który inspiruje innych i napędza inicjatywę, w tym roku jeszcze bardziej rzucała się w oczy. To o tyle ważne, że przy coraz większej konkurencji na rynku imprez plenerowych (w przyszłym roku Katowice zyskają nowe wydarzenie: MESST Festival od Good Taste Production), trzeba się jakoś wyróżnić. Jak widać wcale nie trzeba robić tego sprowadzaniem gigantycznych nazwisk. Wystarczy słuchać festiwalowiczów, reagować na otoczenie i wytrwale dążyć do realizowania programowych planów. Siła marki juz teraz przyciąga na OFFa artystów, którzy nigdy wcześniej nie grali w Polsce. A będzie tylko lepiej!