fot. Radek Zawadzki / musicis.pl

OFF Festival 2023: Piękno prostoty i siła hałasu

Wzruszenia, zaskoczenia i osobiste pewniaki. 16. edycja OFF Festivalu przeszła do historii i jak zawsze dostarczyła pełen wachlarz emocji. Tegoroczną odsłonę wydarzenia można rozpatrywać pod wieloma aspektami. Jeden, ten najważniejszy, od lat pozostaje jednak tutaj niezmienny – muzyka, która zaskakuje, porusza, zachęca do odkrywania. 

A było w czym wybierać, bo na 4 scenach wystąpiło w sumie ponad 60 artystów o  imponującej rozpiętości gatunkowej.

Wszystkie odmiany hałasu 

Na OFFowych scenach od lat dominuje gitarowy hałas, który artyści odmieniają przez wszystkie przypadki. Slowdive, Spiritualized, Panda Bear czy Butch Kassidy to tylko kilka z tegorocznych reprezentantów. 

Ci ostatni pierwszego dnia zafundowali nam psychodeliczny rajd przez noise’owo-progresywne odmęty muzyki gitarowej. Na swoim profilu Spotify mają zaledwie jedną, 10-minutową kompozycję. Ten, kto dał się jej przekonać, trafił prawdopodobnie na jeden z głośniejszych koncertów tegorocznej edycji. Ciężar brzmieniowy londyńskiego składu dźwiga sekcja rytmiczna, wyznaczająca kierunek między ścianami przesterowanych, głośnych gitar.  Sporo było w tym chaosu, trochę kontrolowanego szaleństwa, ale przede wszystkim dużo autentycznych, wykrzyczanych emocji. Podobnie zresztą jak w przypadku Special Interest, gdzie charyzmatyczna wokalistka przekonywała zgromadzoną publikę do wyrażenia swojego gniewu – “you know if you know” i wszystko zdawało się być jasne, jakby właśnie zawarła niewypowiedzianą umowę. Brudne, pulsujące w rytmie disco kompozycje podszyte punkową tradycją i doprawione cekinowym błyskiem – w tej mieszance można się jedynie zatracić. 

Operowanie emocjami zatopionych w wielowarstwowym hałasie do perfekcji opanowali headlinerzy tegorocznej edycji, czyli Slowdive. Do tej podróży nie trzeba było nikogo zachęcać, bo to właśnie dla nich w sobotę do Doliny Trzech Stawów ściągnęły tłumy. I tu zupełnie bez zaskoczeń. Świętująca w tym roku 30-lecie istnienia grupa zaserwowała słuchaczom dokładnie to, czego od niej oczekiwali – niekończące się pokłady melancholii przełożone na gitarowo-syntezatorowy język i zamknięte w oszczędnych w formie kompozycjach. Przekrój przez niemal wszystkie albumy, z wyjątkowym bonusem w postaci “Sleep” i kilkoma smaczkami z nadchodzącej płyty. Czego chcieć więcej? Może jedynie powrotu na tę samą scenę z nowym materiałem. 

Skoro mowa o powrotach to do jednego z tych wielkich, można zaliczyć Spiritualized, które na OFFa wróciło po 14 latach. To kolejny przykład tego, jak umiejętnie operować na granicy sennych ballad i kontrolowanego noise’u, budującego przestrzeń do przeżywania pełnego spektrum emocji. Wyśpiewane “Demaged” – “And I Wanna just close my eyes Feel like I’m living Feel like I’m alive” z udziałem chórków na trzy głosy, można spokojnie zaliczyć do przeżyć z kategorii wyjątkowe. Ich charakterystyczne ułożenie na scenie w półokręgu rozkłada środek ciężkości pomiędzy sekcję gitarową a Jasona Pierce’a, który wyznacza narracje i rozdysponowuje poszczególne elementy tej wielowątkowej opowieści pomiędzy wszystkich członków zespołu. Spiritualized wciąż potrafi skupiać uwagę słuchacza. 

Z kolei Two Man Show w wykonaniu Panda Bear & Sonic Bloom, to już zupełnie inne doświadczenie. Zetknięcie dwóch światów Noah Lennoxa z Animal Collective i Petera Kembera ze Spacemen 3 w wersji live wybrzmiało jak psychodeliczny lot cztery dekady wstecz. Space rockowe eksperymenty osadzone w rozbudowanym instrumentarium z syntezatorami w roli głównej i wszelkiego rodzaju przeszkadzajkami. Wszystko to doprawione kaśnymi wizualizacjami i wyjątkową selektywnością dźwięku Sceny Leśnej. 

Piękno prostoty 

Ostatni dzień festiwalu wypełniło przede wszystkim piękno prostoty i dawka trudnych emocji. Najpierw świetny występ hani rani, której wizyta na OFFie była jedną z niewielu okazji zobaczenia jej na rodzimej scenie. Artystka wyprzedaje bowiem sale koncertowe na całym świecie i wizyty w Polsce to raczej rzadkość. W Katowicach mimo niezbyt przyjemnej pogody zdołała skupić pod sceną główną tłumy, kompletnie zatopionych w jej muzyce słuchaczy. Hanię nie tylko wspaniale się słucha, ale także obserwuje, jak zręcznie lawriuje między fortepianem, pianinem, syntezatorami i masą efektów, ktore przekształcają jej hipnotyzująca muzykę w wyjątkowy, kojący  soundtrack. 

Mówiąc o emocjach, nie można nie wspomnieć prawdopodobnie najsmutniejszego koncertu być może w całej historii festiwalu. Tamino, w muzykę którego smutek jest wpisany niczym DNA, z trudem wyszedł na scenę i podzielił się bolesną informacją o śmierci przyjaciela. Niesposób było nie zauważyć wysiłku wkładanego w zaśpiewanie tych kilku stających w gardle słów. Po zagrany na sam koniec “Habibi” pozostały łzy w oczach i złamane serca. Niezwykle trudny, ale jednocześnie przepiękny w swojej prostocie i surowości występ, którego zwyczajnie nie da się zapomnieć.

Parkietowe historie, sztuka wyboru

Festiwalowe line up’y przyzwyczaiły nas już do konieczności dokonywania wyborów i perfekcyjnego planowania. Podczas tegorocznej edycji było to wręcz konieczne. Nałożone na siebie, podobne stylistycznie koncerty Desire i Confidence Man podzieliły publiczność. 

Duet z Montrealu, czyli Megan Louise i Johnny Jewel znany z nieistniejącego już Chromatics ściagnęli tłumy do namiotu T Tent mBank & Visa głównie za sprawą obecności na ścieżce dźwiękowej do filmu „Drive”. Ich zmysłowy, choć momentami dość monotematyczny synth-pop zakorzeniony w latach 80. emanował jednak zupełnie inną, bardziej intymną energią niż występujący w tym samym czasie na scenie głownej Confidence Man. Australijczycy garściami czerpią ze stylistyki disco i pop., przemycając inspiracje Madonną, Georgem Michaelem i boysbandami lat 90. Bezwzstydnie bawią się konwencją i nawet nie udają, że traktują to poważnie. Trudno stwierdzić, kto podczas tego koncertu bawił się lepiej – publika czy sami muzycy. Niedopracowane, ale jednocześnie urocze w swojej niedoskonałości układy taneczne, porywały do tańca, czyniąc ten występ jedną z lepszych potańcówek tego festiwalu. 

Do najłatwiejszych nie należał również wybór pomiedzy młodym zadziornym Gurriers i The Staples Jr Singers, którzy do Katowic przyjechali na swój pierwszy tak odległy od rodzinnego domu w amerykańskim Aberdeen koncert. Jedyną swoją płytę wydali 50 lat temu, a teraz za sprawą reedycji rozgrzewają żarliwym soulem parkiety największych klubów i festiwali. Post punkowi debiutanci z Irlandii, choć na swoim koncie mają zeledwie trzy single, kilkudziesięciominutowy występ na OFFie bez krzty zwiątpienia zdołali uczynić jednym z najlepszych gitarowych koncertów tej edycji. To jadna z tych kapel, których gniewna energia i chęć wykrzyczenia swojej wizji świata, sprawi, że dopiero będzie o nich głośno. 

Tegoroczna edycja miała wiele świetnych i tylko kilka słabszych momentów. W wyniku zmian programowych znakomity francuski DJ GONE zagrał zdecydowanie za krótko i w dodatku za wcześnie, co nawet dla niego samego okazało się problematyczne. Nagłośnienie niektórych scen, zwłaszcza Perlage momentami pozostawiało wiele do życzenia, szczególnie podczas koncertów, które wymagały większej uwagi w tym zakresie (jak Slowdive czy hania rani). W kontekście jednak całości doświadczenia trudno mówić o OFFie inaczej niż świetnie przygotowanym festiwalu, który jako jeden z naprawdę nieliczych w Polsce jest w stanie zaspokoić gusta tak szerokiej i tak bardzo wymagającej publiczności. Nacisk położny na poznawanie nowych artystów, gatunków i dźwięków nie może się tu równać z niczym innym, a sama “lista życzeń” schodzi na drugi plan. Bo koniec końców wracamy z OFFa wyposażeni w playlistę, która będzie zaspokajać ciekawość jeszcze długo po wydarzeniu.